Logo Szczecinek.org

Szczecinek.org

Szczecinecki Portal Historyczny im. prof. Dr Karla Tuempla

Loading

Neustettin in Pommern
Obecny czas: 28 Lip 2014, 11:18

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina




Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 11 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
 Temat postu: Wyklęci.
PostWysłany: 20 Lut 2010, 09:13 
19 lutego 1947 roku wykonano wyrok śmierci na Stanisławie Sojczyńskim i 5 jego żołnierzach z I Komendy Konspiracyjnego Wojska Polskiego - największej , liczącej kilka tysięcy żołnierzy, organizacji niepodległościowej i antykomunistycznej w centralnej Polsce.

Kpt. Stanisław Sojczyński "Warszyc" i Konspiracyjne Wojsko Polskie (KWP)

"Do Polski Wolnej, Suwerennej, Sprawiedliwej i Demokratycznej prowadzi droga przez walkę ze znikczemnieniem, zakłamaniem i zdradą."
Z rozkazu nr 2 "Warszyca" do żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego z 8 stycznia 1946 r.


Zanim wybuchła wojna

Stanisław Sojczyński urodził się 30 marca 1910 r. w Rzejowicach w powiecie radomszczańskim. Pochodził z chłopskiej rodziny. Był jednym z sześciorga dzieci Michała i Antoniny ze Śliwkowskich. W Rzejowicach ukończył szkołę powszechną. W wieku 18 lat zaczął naukę w Państwowym Seminarium Nauczycielskim im. Tadeusza Kościuszki w Częstochowie. Rodzice zdecydowali się posłać właśnie jego do szkoły, bo był najzdolniejszy spośród rodzeństwa, a na kształcenie pozostałych dzieci nie było pieniędzy. Szkołę ukończył w 1932 r. i rozpoczął służbę wojskową. W 27. pp w Częstochowie odbył Dywizyjny Kurs Podchorążych Rezerwy Piechoty. Od 1 stycznia 1936 r. - podporucznik rezerwy. Od 1934 r. pracował jako nauczyciel w szkole powszechnej w Borze Zajacińskim koło Częstochowy. Uczył języka polskiego. Działał wówczas w Związku Nauczycielstwa Polskiego i Związku Strzeleckim. W 1932 r. zawarł związek małżeński z Leokadią Kubik.



"Jędrusiowa dola"

Wybuch wojny przerwał pracę Stanisława Sojczyńskiego w szkole. Jako podporucznik WP trafił do punktu mobilizacyjnego w Łodzi, później walczył w okolicach Hrubieszowa w grupie "Kowel" dowodzonej przez płk. dypl. Leona Koca. Po niepowodzeniach w walkach koło Janowa Lubelskiego został rozbrojony przez żołnierzy sowieckich. Uniknął jednak niewoli i w końcu września próbował przedrzeć się do Warszawy by wziąć udział w jej obronie. Nie udało się i 4 października zdjął mundur. Postanowił wrócić w rodzinne strony - do Rzejowic, gdzie szybko włączył się do pracy konspiracyjnej. Jesienią 1939 r. został zaprzysiężony przez swojego nauczyciela Aleksandra Stasińskiego "Kruka" na żołnierza Służby Zwycięstwu Polski pod pseudonimem "Wojnar" (później używał pseudonimów "Zbigniew" i "Warszyc").
Z dużą energią przystąpił do organizowania Podobwodu Rzejowice Służby Zwycięstwu Polski-Związku Walki Zbrojnej, który wkrótce stał się jednym z najlepiej zorganizowanych rejonów konspiracyjnych.
Talenty konspiracyjne "Zbigniewa" dostrzegli jego przełożeni: jeszcze w 1939 r. został komendantem Podobwodu Rzejowice, a od października 1942 r. pełnił także funkcję zastępcy komendanta Obwodu Radomsko AK, był równocześnie szefem Kierownictwa Dywersji w Obwodzie. Z powodu aktywnej działalności partyzanckiej Niemcy zaczęli określać Radomsko mianem Banditenstadt (bandyckie miasto). W 1943 r. dwie akcje przeprowadzone przez żołnierzy por. Sojczyńskiego odbiły się głośnym echem w całej okupowanej Polsce.
W maju 1943 r. gestapowcy i żandarmi dokonali publicznej egzekucji we wsi Dmenin. Powieszono 11 osób (w tym 12-letniego chłopca). W odwecie został wydany wyrok śmierci na szefa Gestapo w Radomsku Willi Wagnera i jego zastępcę Johana Bergera. Wyrok wykonali: Bronisław Skóra-Skoczyński "Robotnik" i Zygmunt Czerwiński "Staw". 3 sierpnia 1943 r. Niemcy przeprowadzili pacyfikację Rzejowic - rodzinnej wsi Stanisława Sojczyńskiego. Zabito kilku mieszkańców, aresztowano i wywieziono do Radomska wielu członków podziemia. "Zbigniew" uzyskał zgodę komendanta obwodu mjr. Polkowskiego "Korsaka" na przeprowadzenie akcji uwolnienia więźniów. Koncentracja wyznaczonych do akcji oddziałów nastąpiła w lasach koło Włynic. W nocy z 7 na 8 sierpnia 1943 r. stuosobowy oddział dowodzony przez por. Sojczyńskiego zaatakował więzienie w Radomsku.
W wyniku przeprowadzonej bez strat akcji uwolniono ponad 40 Polaków i 11 Żydów. Po tej akcji por. Sojczyński utworzył pierwszy w Obwodzie Radomsko oddział partyzancki, którym dowodził do listopada 1943 r. Po nim dowództwo oddziału, noszącego od wiosny 1944 r. kryptonim "Grunwald", objął por. Florian Budniak "Andrzej".

Por. Stanisław Sojczyński "Zbigniew", "Warszyc", komendant Podobwodu Rzejowice, szef Kedywu w Obwodzie Radomsko AK

1 sierpnia 1944 r. wybuchło powstanie warszawskie. 15 sierpnia 1944 r. gen. Tadeusz Komorowski "Bór" nakazał skierowanie wszystkich uzbrojonych oddziałów na pomoc walczącej stolicy. Komenda Obwodu Radomsko-Kieleckiego Armii Krajowej wydała rozkaz koncentracji oddziałów. Nosiła ona kryptonim "Zemsta". W jej ramach batalion "Ryś" w sile: 14 oficerów, 14 podchorążych, 47 podoficerów i 215 szeregowych dotarł w rejon koncentracji w lasach przysuskich. 23 sierpnia 1944 r. Komendant Obwodu Radomsko-Kieleckiego AK płk Jan Zientarski "Ein", "Mieczysław", wobec odmowy uzupełnienia broni i amunicji ze zrzutów oraz trudności z dotarciem do Warszawy, podjął decyzję o przerwaniu marszu na pomoc powstańcom i zarządził przystąpienie do wykonywania akcji "Burza" na obszarze Obwodu.
W czasie akcji "Burza" żołnierze 27. i 74. pp, w tym batalionu por. Sojczyńskiego, na obszarze Inspektoratu Częstochowskiego AK stoczyli z Niemcami wiele potyczek, wykonali także akcje zaopatrzeniowe.

Rozkaz dzienny nr 2

Żołnierze!
Nie ma zapewne ani jednego wśród Was, któryby nie pamiętał, że dzień 15 sierpnia jest naszym świętem i jest 24-ą rocznicą wielkiego zwycięstwa odniesionego przez oręż polski u bram Warszawy. Święto to obchodziliśmy co roku bardzo uroczyście w naszych pułkach.
Co roku Naród Polski skupiał myśli około tak doniosłej wagi historycznego faktu, zastanawiał się nad warunkami, które umożliwiały Armii Polskiej osiągnięcie rzadkiego w dziejach triumfu, co roku przywoływał wizje "Cudu Wisły" i co roku oddawał hołd swojemu żołnierzowi. Bo oto wszyscy rozumiemy, że w owych krytycznych i wydawało się beznadziejnych dniach uratowaliśmy wolność Polski, przez nie liczącą się z ofiarami waleczność Polskiej Armii, przez bezwzględną karność wobec Naczelnego Wodza i niższych przełożonych i przez to, że całe społeczeństwo wszystkimi możliwościami służyło wojsku. Wojsko było z Narodem, Naród z wojskiem. Ta zbiorowa jedność w pragnieniach i dążeniach dała w sytuacji wyjątkowo ciężkiej rezultat, który olśnił nie tylko nas, ale świat cały i który w swej wspaniałości jest jakby cudem - "Cudem Wisły". I dziś Warszawa znów krwawi, znów stacza boje, dla których nie ma porównania. Warszawa stolica nasza świeci nam przykładem, Jej dwunastoletni bohaterowie, jej kobiety walczące obok nie liczących się ze swoim życiem żołnierzy AK - przygotowują nowe zwycięstwo, wołają o nowy cud. Na ten wielki zew stajemy znów do walki zjednoczeni, gotowi wykonać każdy rozkaz, ufni w przełożonych, ufni w Naczelnego Wodza.

D-ca baonu
/-/ Warszyc, por.
Otrzymują:
D-cy komp. i D-cy oddziałów koncentrujących się;
odczytać przed frontem oddziałów.
(Rozkaz dowódcy I batalionu 27 pp AK por. Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca" do żołnierzy)

"Steny znowu mają głos"

Moje credo:

1) dopóki istnieje choćby najmniejsza nadzieja i możliwość wykazania Rosji, że jej polityka jest podła, świńska i zaborcza, oraz walki z jej imperializmem i odebrania zagrabionych przez nią wschodnich połaci Polski, dopóty w walce tej trwać jest naszym obowiązkiem - nawet za cenę wielkich ofiar,
2) AK i jej sympatycy to ok. 60% społeczeństwa polskiego: kto jest wrogiem naszym - jest wrogiem Polski.
(Z listu kpt. Sojczyńskiego do NN z 2 marca 1945 r.)

Początek 1945 r. przyniósł diametralną zmianę sytuacji politycznej w kraju. Ziemia Łódzka została wyzwolona spod okupacji niemieckiej w wyniku zimowej ofensywy Armii Czerwonej.
Polityka władz sowieckich i niepowodzenie akcji "Burza" postawiło żołnierzy Armii Krajowej w trudnej sytuacji. Na wyzwalanych spod okupacji niemieckiej terenach NKWD i polskie siły bezpieczeństwa prowadziły akcję "oczyszczania", która przede wszystkim dotknęła żołnierzy AK i osoby związane ze strukturami cywilnymi Polskiego Państwa Podziemnego.
Szykany, aresztowania, skrytobójcze mordy, wywózki na wschód... Tak władze komunistyczne traktowały byłych żołnierzy Armii Krajowej. Mimo zapewnień propagandowych nie dawano im możliwości powrotu do normalnego życia. Wielu ujawniających się akowców wracało do konspiracji. Wielu nie próbowało nawet wychodzić z ukrycia zdając sobie sprawę, jaki czekał ich los.

Kapitan Stanisław Sojczyński "Warszyc", sam poszukiwany przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa, poczuł się odpowiedzialny za losy swoich byłych podwładnych. Jego decyzja o powrocie do konspiracji była podyktowana także przeświadczeniem, że rząd utworzony przez PPR nie reprezentuje interesów Polski, lecz jest narzędziem w rękach Stalina, zmierzającego do jej podboju.
Wiosną 1945 r. "Warszyc" zaczął ponownie zbierać swoich dawnych żołnierzy, nawiązał także kontakty z innymi oddziałami zbrojnymi, stawiającymi opór komunistom. Nie wykluczał jednocześnie możliwości dojścia do porozumienia z władzami, ale stawiał im konkretne warunki, których wypełnienie miało być sprawdzianem ich intencji wobec podziemia niepodległościowego.
W maju 1945 r. w Radomsku odbyło się zaprzysiężenie pierwszych dowódców organizacji, która początkowo nosiła kryptonim "Manewr", następnie "Walka z Bezprawiem", a od 8 stycznia 1946 r. przyjęła nazwę "Samodzielna Grupa Konspiracyjnego Wojska Polskiego" o kryptonimie "Lasy", "Bory".

Organizacja ta, licząca ok. 4 tys. członków, działała w województwach: łódzkim, częściowo kieleckim, śląskim oraz poznańskim. Przekształcenie organizacyjne wynikało z rozwoju stanu liczebnego szeregów KWP. W dniu 12 VIII 1945 r. kpt. S. Sojczyński wydał "List otwarty" do płk. Jana Mazurkiewicza ps. "Radosław", w którym uznał jego apel o wychodzenie z konspiracji za zdradę i apelował o dalszą walkę przeciwko komunistom. Natomiast w dniu 16 VIII 1945 r. wydał rozkaz określający zadania KWP w zakresie walki z przestępczą działalnością władz komunistycznych i ochrony społeczeństwa oraz żołnierzy podziemia niepodległościowego przed terrorem organów bezpieczeństwa. Pierwszą osobą, która zginęła z jego rozkazu, był Jankiel Jakub Cukierman, szef sekcji śledczej Państwowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Radomsku. Zastrzelono go na ulicy w VIII 1945 r. Rok później, także w Radomsku, miała miejsce jedna z najgłośniejszych akcji KWP. W nocy 19/20 IV 1946 r. do miasta weszło ok. 200 partyzantów, którymi dowodził Jan Rogulka ps. "Grot". Zdobyto miejscowy areszt UB, z którego uwolniono ponad 50 aresztowanych, a w czasie odwrotu rozbito trzykrotnie liczniejszy oddział KBW.


Walkami podczas odwrotu dowodził por. Henryk Glapiński "Klinga", dowódca oddziału partyzanckiego SOS "Warszawa".
Por. Henryk Glapiński w czasie okupacji niemieckiej żołnierz AK. Więzień KL Gross Rosen. Od marca do kwietnie 1946 Komendant Powiatu Radomsko KWP. D-ca oddziału partyzanckiego SOS "Warszawa", działającego na terenie pow. radomskiego i częstochowskiego. Odniósł wiele zwycięstw w walkach z oddziałami UB-KBW. Jego oddział brał udział w nocy 19/20.IV.46 w szturmie na PUBP w Radomsku. Przy braku wsparcia ze strony oddziału por. "Grota" szturmującego więzienie, budynku PUBP nie udało się opanować.
W czasie odwrotu żołnierze "Klingi" pojmali 8 żołnierzy sowieckich, których rozstrzelano 20.IV.46 w kompleksie leśnym Graby. Wcześniej, w godzinach popołudniowych, oddział stoczył zwycięską potyczkę z 200-osobową grupą pościgową KBW. Ok. 40-osobowy oddział "Klingi" rozbił ją całkowicie. Grupa KBW straciła kilkunastu zabitych, reszta - ponad 100 żołnierzy poddała się. Dzień później oddział "Klingi" zmusił do poddania się kolejną kompanię KBW. Dopiero 22 kwietnia, oddział pod naporem silnych grup pościgowych uległ rozproszeniu.
Na czele kilkunastu żołnierzy kpt. "Klinga" walczył do września 1946. Został aresztowany w wyniku prowokacji UB 14 września 1946.
Sądzony w procesie dowództwa KWP w Łodzi w dniach 9-16 grudnia 1946. Skazany na karę śmierci, zamordowany w Łodzi 19 lutego 1947.

Chociaż już wcześniej kpt. S. Sojczyński był postrachem bezpieki, po tej akcji "władza ludowa" uznała go za wroga publicznego numer jeden. Nasilające się represje komunistyczne sprawiły, że rozkazem z 28 III 1946 r. "Warszyc" nakazał zintensyfikowanie działań zbrojnych.


Walka z bezprawiem

"Nasza działalność jest buntem przeciw bezprawiu, jest wykazywaniem go i zwalczaniem wszelkimi dostępnymi środkami, jest samoobroną i walką o wolność i suwerenność Polski metodami Ruchu Podziemnego."
(Z rozkazu "Warszyca" do Feliksa Gruberskiego "Artura", komendanta powiatu koneckiego KWP kryptonim "Pociąg")

Zdaniem twórcy Konspiracyjnego Wojska Polskiego - kpt. Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca", walki o suwerenną i sprawiedliwą Polskę, nie zakończyło pokonanie hitlerowskich Niemiec. Na ziemie polskie wkroczył fałszywy sojusznik - Armia Czerwona, zamiast oswobodzenia, przynosząc nową niewolę. Wraz z nią do Polski wkraczali namiestnicy Stalina - polscy komuniści, którzy mieli instalować system "demokracji ludowej".
Konspiracyjne Wojsko Polskie podejmując walkę o pełną niepodległość Polski musiało stawić czoła aktom bezprawia dokonywanym przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa, wspierany przez stacjonujące w Polsce oddziały sowieckie.
16 sierpnia 1945 r. "Warszyc" wydał rozkaz określający zadania KWP w zakresie walki z przestępczą działalnością władz komunistycznych i ochrony społeczeństwa oraz żołnierzy podziemia niepodległościowego przed terrorem organów bezpieczeństwa. Konspiracyjne Wojsko Polskie prowadziło także walkę z pospolitym bandytyzmem - bandy rabunkowe, składające się niekiedy z byłych żołnierzy podziemnych organizacji zbrojnych, były plagą okresu powojennego.
Warto zaznaczyć, że KWP informowało organy ścigania o licznych przypadkach przestępstw, popełnianych przez funkcjonariuszy UBP, milicji, czy żołnierzy Armii Czerwonej, żądając ich ścigania i dostarczając dowody, ale zawiadomienia wysyłane do władz pozostawały bez odpowiedzi.

"Jeśli Polska za okupacji niemieckiej dla odzyskania wolności poświęciła ponad 6 milionów obywateli, w tym przynajmniej 2 miliony najlepszych swych synów, to obecnie dla tego samego celu nie może zawahać się pozbyć kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy odszczepieńców i najgorszych szumowin. Nie jest przestępstwem likwidować zdrajców, zwyrodnialców pastwiących się nad swymi braćmi, wszelkiego rodzaju wykolejeńców, nie uznających żadnych świętości: - zbrodnią niewybaczalną jest dopuścić, aby ofiary milionów zostały zdystansowane przez miernoctwo i podłość. [...] Walka z szumowinami i unicestwienie ich to wielka sprawa, to zagadnienie zapewnienia Polsce równowagi moralnej i ocalenia jej przed zgubą."
(Z rozkazu nr 1 "Warszyca" do żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego z 3 stycznia 1946 r.)

Karać rękę a nie ślepy miecz. [...] Jest jasne, że więcej zbliżamy się do celu, gdy np. zlikwidujemy jednego peperowca wojewodę czy starostę, niż kilkudziesięciu zwykłych członków, jednego oficera z wojewódzkiego czy powiatowego UB, niż kilkudziesięciu, czy kilku żołnierzy "bezpieczeństwa".
(Z rozkazu "Warszyca" z 19 czerwca 1946 r.)

"Większość żołnierzy Żymierskiego zdaje sobie sprawę z tragedii sytuacji i w akcji przeciw Społeczeństwu i obrońcom wolności bierze udział tylko pod przymusem. Podobnie my widzimy w nich naszych braci, naszych najserdeczniejszych towarzyszy broni, którym tylko czasowo skrępowano wolę, ale którzy są gotowi zawsze nas wesprzeć. Oddziały Służby Ochrony Społeczeństwa pomszczą śmierć żołnierzy, zmuszonych do walk bratobójczych."
(Fragment artykułu z gazetki KWP "W świetle prawdy" z 11 maja 1946 r.)

Konspiracyjne Wojsko Polskie przywiązywało dużą wagę do walki propagandowej. Chcąc przeciwstawić się kłamstwom pojawiającym się w prasie komunistycznej, a także pragnąc przedstawić poglądy kierownictwa KWP w sprawie aktualnej sytuacji w kraju, docierano do społeczeństwa głównie za pośrednictwem ulotek i haseł, ale organizacja miała także własne pismo - "W świetle prawdy" - redagowane przez "Warszyca". On też był autorem większości zamieszczanych tam artykułów. Od września 1945 r. do czerwca 1946 r. ukazało się 17 numerów.

"Wymiar sprawiedliwości"

Żołnierze Konspiracyjnego Wojska Polskiego sądzeni byli na podstawie dekretu z 16 listopada 1946 r. o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy Państwa oraz Kodeksu Karnego Wojska Polskiego (KKWP). Procesy toczyły się aż do połowy lat 50. Ich cechą charakterystyką było łamanie podstawowych zasad obowiązujących w postępowaniu dowodowym i procesowym. W trakcie śledztwa zeznania wymuszane były biciem i innymi niedozwolonymi w praworządnym państwie metodami, preparowano dowody przeciwko oskarżonym, procesy przeprowadzano pospiesznie (niekiedy trwały tylko kilka godzin), a wątpliwości rozstrzygano na niekorzyść oskarżonych. Władze kierowały do prowadzenia tych procesów sędziów dyspozycyjnych, często bez doświadczenia prawniczego albo pobieżnie wykształconych. Procesom tym nadawano propagandowy rozgłos, niekiedy miały charakter pokazowy, a prasa wydawała wyroki wcześniej niż uczynili to sędziowie.

Najgłośniejsze w regionie łódzkim procesy żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego to: proces 17 oskarżonych o udział w ataku na Radomsko oraz proces twórcy i I Komendanta KWP kpt. Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca".

W kwietniu 1946 r. funkcjonariuszom piotrkowskiego UBP udało się ująć por. Jana Rogólkę, dowodzącego oddziałami KWP w czasie akcji na Radomsko, i jego 16 podwładnych.

Aresztowanych poddano brutalnemu śledztwu w PUBP w Piotrkowie Trybunalskim. Pokazowy proces 17 żołnierzy KWP odbył się 7 maja 1946 r. w sali kina "Kinema" w Radomsku. Na salę przyprowadzono publiczność (w tym rodziny oskarżonych i młodzież szkolną). Sąd Okręgowy w Częstochowie obradujący na sesji wyjazdowej potrzebował tylko jednego dnia by orzec o winie i karze podsądnych. Nie przesłuchano żadnych świadków. Oskarżeni mieli wspólnego obrońcę z urzędu, który w ogóle nie zabrał głosu w trakcie rozprawy. Oskarżający podprokurator Wojskowej Prokuratury KBW kapitan Tadeusz Garlicki przyjął w akcie oskarżenia zasadę odpowiedzialności zbiorowej oskarżonych. Sąd po kilkuminutowej naradzie skazał: 12 oskarżonych na karę śmierci a 5 pozostałych na karę 15 lat pozbawienia wolności.

Por. Jan Rogólka "Grot" - 33 lata - skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Benedykt Ratajski - 23 lata - skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Ryszard Chmielewski - 22 lata - skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Ryszard Nurkowski - 20 lat - skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Sierż. Józef Kapczyński "Szary" - 24 lata - skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Czesław Turlejski - 19 lat - skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Stanisław Wersal - 20 lat - skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Karol Wieloch - 20 lat - skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Piotr Proszowski - 23 lata - został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Józef Koniarski - 37 lat - skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Leopold Słomczyński - 19 lat - skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Adam Lasoń skazany na 15 lat więzienia
Józef Zięba skazany na 15 lat więzienia
Kazimierz Matuszczyk skazany na 15 lat więzienia
Stanisław Śliwiński został skazany na 15 lat więzienia
Tadeusz Gala skazany na 15 lat więzienia

Wyrok wykonano w pośpiechu. Ostatnią osobą, która rozmawiała ze skazanymi przed egzekucją był ksiądz Stanisław Piwowarski, kapelan I batalionu 27 pp AK dowodzonego przez "Warszyca". Ks. Piwowarski udzielił im ostatniej posługi kapłańskiej.

W nocy z 9 na 10 maja 1946 r. prawdopodobnie w piwnicach PUBP w Radomsku w bestialski sposób zamordowano 12 żołnierzy KWP. Ich ciała zakopano w poniemieckim bunkrze koło Bąkowej Góry. W tydzień później mieszkańcy wsi przy udziale rodzin zamordowanych urządzili im pogrzeb na miejscowym cmentarzu. We wspólnej mogile spoczęło 10 żołnierzy KWP; dowódca por. Jan Rogólka został pochowany w Woli Rożkowej, natomiast najmłodszy z zabitych - Leopold Słomczyński w Radomsku.

"9 maja o godz. 21.00 woła mnie ksiądz proboszcz bo oto porucznik UB przyszedł twierdząc, że skazani proszą księdza. Wziąłem 12 komunii św. I razem z tym komendantem poszedłem na ul. Kościuszki do budynku UB. Oni byli tam zamknięci w piwnicach. Był tam taki połamany stół. Położyłem na nim bursę i wtedy oni pojedynczo przychodzili - cała dwunastka. Po spowiedzi każdy chwytał mnie za szyję, żegnał się, całował bo ja ich wszystkich znałem z lasu. Był wśród nich 18 letni chłopiec - Leopold Słomczyński. Łzy mu płynęły gdy mówił: »Ja się śmierci na boję ale bardzo cierpię. Tatuś mój przyszedł z czteroletnim bratem. Kiedy widzenie się kończyło żołnierz mówi - koniec! - a wtedy brat mnie chwycił za głowę i nie chciał puścić. Dopiero żołnierz oderwał te rączki od mojej głowy. Ten widok - płaczącego brata i moich rodziców - jest moim cierpieniem przed śmiercią.«

Po wyspowiadaniu ich wszystkich poszedłem na górę żeby podpisać dokument, potwierdzający wykonaniu mojej posługi. Powiedziałem do nich »nie powinniście skazywać człowieka, który ma 18 lat« a oni powiadają - »sąd wojenny, nie ma żadnej dyskusji«. Była godz. 1.00 w nocy jak opuszczałem to miejsce i widziałem, że przed budynkiem stało już auto - nie wiedziałem wówczas, że czeka by zabrać ciała. Po moim odejściu wszystkich chłopców zamordowali, wywieźli do Bąkowej Góry i tam zostawili w bunkrze."
(Relacja ks. Stanisława Piwowarskiego - spowiednika zamordowanych, nagrana 16 lipca 2001 r.)

Największym sukcesem UB było ujęcie "Warszyca" w czerwcu 1946. Z rozkazu szefa WUBP w Łodzi płk. Mieczysława Moczara utworzono specjalną grupę operacyjną pracowników bezpieczeństwa, której zadaniem miało być ujęcie komendanta KWP. Moczar nie ufał swoim podwładnym z terenu - wiedział, że w Powiatowych Urzędach Bezpieczeństwa KWP miało swoich informatorów. Czterech funkcjonariuszy WUBP w Łodzi wyruszyło w teren. W Częstochowie natrafili na ślad sekretarki "Warszyca" Haliny Pikulskiej "Ewuni". Po kilkudniowej obserwacji 27 czerwca 1946 r. weszli do domu przy ul. Wręczyckiej 11 w Częstochowie i aresztowali kpt. Stanisława Sojczyńskiego oraz "Ewunię". Następnego dnia aresztowano adiutanta "Warszyca" - por. Ksawerego Błasiaka "Alberta", potem szefa wywiadu KWP - Stanisława Żelanowskiego "Nałęcza". Dzięki przejęciu archiwum organizacji aresztowano innych żołnierzy.



Proces "Warszyca" i jego 11 podkomendnych odbył się przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Łodzi w dniach 9-14 grudnia 1946 r. Prasa lokalna szczegółowo informowała o jego przebiegu, obrzucając przy okazji komendanta KWP i jego żołnierzy wyzwiskami: "krwawy watażka", "bandyta", "krwawe zbiry". Kpt. Stanisława Sojczyńskiego, kpt. Henryka Glapińskiego, por. Ksawerego Błasiaka , por. Czesława Kijaka , por. Antoniego Bartolika, sierż. Władysława Bobrowskiego, sierż. Mariana Knopa , Albina Ciesielskiego i Stanisława Żelanowskiego oskarżono m. in. o "usiłowanie usunięcia przemocą władzy zwierzchniej Narodu, dążenie do zmiany ustroju Państwa Polskiego i należenie do nielegalnej organizacji"; ks. Mieczysława Krzemińskiego o "redagowanie artykułów do gazetki konspiracyjnej i udzielenie schronienia poszczególnym członkom KWP", Zygmunta Łęskiego o "należenie do nielegalnej organizacji i posiadanie magazynu broni", Andrzeja Zbierskiego o "wejście w porozumienie z KWP i przekazywanie fałszywych wiadomości o zabójstwie studentki UŁ Tyrankiewiczówny, które mogły wyrządzić szkodę interesom Państwa Polskiego". Kapitan Stanisław Sojczyński wziął odpowiedzialność za wszystkie działania KWP, które znalazły odzwierciedlenie w rozkazach i meldunkach organizacji.



"Do zarzucanych mi aktem oskarżenia czynów przyznaję się częściowo, do winy jednak nie poczuwam się. Uważam raczej, że mam zasługi wobec Narodu, dla dobra którego walczyłem. W świetle obowiązujących przepisów prawnych nie uważam swoich czynów za przestępstwo. Wszystkie czyny, jeśli nie wyszły poza ramy moich rozkazów, są zgodne z moimi zasadami i sumieniem. [...] W samej rzeczy, jeśli chodzi o zarzuty aktu oskarżenia, to do pierwszego zarzutu, że zmierzałem do zmiany ustroju i usunięcia organów zwierzchnich Narodu, do zagarnięcia władzy - nie przyznaję się. Przyznaję się tylko do założenia i należenia do nielegalnej organizacji, celem której było przeciwdziałanie terrorowi władz, walka z bezprawiem i prześladowaniem, czyli samoobrona, co zresztą ilustrują moje rozkazy."
(Fragment wystąpienia "Warszyca" na procesie.)

Wyrok w sprawie Stanisława Sojczyńskiego i jego towarzyszy został wydany 17 grudnia 1946 r. przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Łodzi w składzie: ppłk Bronisław Ochnio - przewodniczący, kpt. Piotr Adamowski - członek, mjr Leonard Kroze - ławnik, por. Roman Dyhdalewicz - sekretarz. Ośmiu oskarżonych: kpt. Stanisław Sojczyński "Warszyc", por. Ksawery Błasiak "Albert", kpt. Henryk Glapiński "Klinga", Albin Ciesielski "Montwiłł", sierż. Marian Knop "Własow", pchor. Stanisław Żelanowski "Nałęcz", por. Władysław Bobrowski "Wiktor", sierż. Antoni Bartolik "Szary", zostało skazanych na karę śmierci (prezydent Bierut ułaskawił Bobrowskiego i Bartolika) a czterech na kary pozbawienia wolności - por. Czesław Kijak "Romaszewski na 8 lat, Zygmunt Łęski "Doman" na 15 lat, ks. Mieczysław Krzemiński na 6 lat, Andrzej Zbierski na rok.
"Warszyc" oraz kilku innych skazanych na karę śmierci odmówiło napisania prośby o ułaskawienie. Uczynili to ich adwokaci. Bolesław Bierut ułaskawił Antoniego Bartolika i Władysława Bobrowskiego. W stosunku do pozostałych oskarżonych nie skorzystał z prawa łaski.
Wyrok śmierci na 6 skazanych wykonano 19 lutego 1947 r. Do dzisiaj nie udało się ustalić, gdzie pochowano kpt. Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca" i jego pięciu podwładnych.


Załączniki:
Komentarz do pliku: Por. Stanisław Sojczyński "Zbigniew", "Warszyc" dowódca I batalionu 27 pp AK - sierpień 1944 r.
warszyc3.jpg
warszyc3.jpg [ 28.53 KiB | Obejrzany 5388 razy ]
Góra
   
 
 Temat postu: Re: Wyklęci.
PostWysłany: 20 Lut 2010, 11:32 
19 lutego 1947 został zamordowany przez komunistów również mjr.Franciszek Jaskulski ps."Zagończyk"

Mjr Franciszek Jerzy Jaskulski "Zagończyk" i Związek Zbrojnej Konspiracji (ZZK).
Major "Zagończyk" to na pewno postać nietuzinkowa, to typowy przykład polskiego patrioty, wychowanego w latach II Rzeczpospolitej. Jego droga życiowa wiodła od harcerstwa, przez udział w wojnie obronnej 1939 roku, konspirację, Armię Krajową, po walkę z komunistami, próbującymi narzucić Polakom system obcy tradycji narodowej. Choć wydawało się, że historia przynajmniej od 10 lat przyznaje rację "Zagończykowi", to jednak nadal jego pamięć jest opluwana przez obecnych dziedziców czerwonej ideologii. Dla nich działacze WiN-u to "kontrowersyjna" grupa partyzancka, mająca na sumieniu również niewinnych ludzi. Jak więc wyglądały losy dowódcy WiN na ziemi radomskiej?

W obronie niepodległości

Mjr Franciszek Jaskulski urodził się 16 września 1914 roku w Castrop - Rauxel w Westfalii, w rodzinie polskich emigrantów. Był synem Ignacego Jaskulskiego i Marii z Kozalów, do kraju wrócił razem z rodzicami w maju 1926 r. Państwo Jaskulscy zamieszkali w Zdunach (powiat krotoszyński), gdzie przyszły "Zagończyk" ukończył siedmioletnią szkołę podstawową. W latach 1928-1933 uczęszczał do Seminarium Nauczycielskiego w Krotoszynie. Po jego ukończeniu podjął pracę zarobkową w Urzędzie Gminnym w Zdunach. W 1935 został przeniesiony do gminy Kobylin. Przez 3 semestry studiował prawo. Służbę wojskową odbył w 17 puł. w Lesznie i ukończył ją w 1937 r. w topniu kaprala. Wróciwszy do cywila Jaskulski został nauczycielem; udzielał się także w harcerstwie - w 1939 roku otrzymał stopień harcmistrza. Zmobilizowany wziął udział w obronie Warszawy, potem wrócił do Zdun i włączył się do pracy w konspiracji. Na podstawie nasłuchów i informacji z terenu redagował pisemko "Zagończyk" - stąd jego partyzancki pseudonim. Poszukiwany przez gestapo wyjechał w roku 1942 w Lubelskie, związał się z Kedywem AK, otrzymał stopień podporucznika i od 1943 roku dowodził oddziałem lotnym o kryptonimie "Pilot". Oddział ten wchodził w skład budowanego 15. Pułku Piechoty "Wilków", walczył z Niemcami w okolicy Puław. Jego największym wyczynem było ocalenie 25 lipca 1944 r. Końskowoli przed karną ekspedycją Wehrmachtu. W trakcie tej akcji nadjechały sowieckie czołgi, które włączyły się do walk z Niemcami. To pierwsze spotkanie w atmosferze "braterstwa broni" miało jednak mylący charakter.

Prócz walk z Niemcami partyzanci musieli borykać się z bandami strzelających w plecy komunistów. W wyniku skrytobójczych napaści ze strony oddziałów AL pośród "Wilków" (taki kryptonim nosił odtwarzany 15. pp AK) zginęło 29 partyzantów, rany odniosło 21, co stanowiło ponad 50 proc. strat osobowych. Najbardziej haniebną była napaść AL.-owców z oddziału "Cienia" (Bolesław Kowalski), który 4 maja 1944 r. w Owczarni zamordował 18 żołnierzy AK z oddziału "Hektora" (Jan Zdzisław Targosiński) czekających na przyjęcie zrzutu. Takich zbrodni nie popełniali nawet Niemcy, choć w walkach z nimi partyzanci ugrupowania "Wilków" stracili 24 ludzi.

W więzieniu

Dwa dni po wspólnych walkach o Końskowolę do "Zagończyka" zgłosili się trzej przedstawiciele władz wojskowych (plus jeden aktywista PPR) - żądając, aby oddział zdał broń i wstąpił do Armii Berlinga; samego zaś dowódcę wraz z drugim oficerem serdecznie zaproszono na rozmowy. Na szczęście "Zagończyk" wiedział, co myśleć o takiej serdeczności (większość zapraszanych oficerów AK została zamordowana lub wywieziona w głąb ZSRR). "Zagończyk" wymógł zgodę na trzydniowy odpoczynek dla żołnierzy po bitwie, umówiono się na 30 lipca. Sowieciarze, będąc tylko w czwórkę, nie mogli odmówić zgody, narada odbywała się zresztą w braterskiej atmosferze - przy wódce .

Obydwie strony grały znaczonymi kartami. Już 29 lipca, w przeddzień ustalonego terminu, do bazy partyzantów przybyły dwa samochody z żołnierzami Berlinga dowodzonymi przez oficerów NKWD - jednak większości "urlopowanych" żołnierzy jeszcze (a właściwie już...) nie zastali. "Zagończyk" prowadzony w braterskiej atmosferze na wspólne obrady - w ostatniej chwili zdołał uciec. Nie na długo - w listopadzie został aresztowany, osadzony na Zamku w Lublinie i skazany na karę śmierci za przynależność do nielegalnej organizacji pod nazwą Armia Krajowa oraz za to, iż nie uczynił zadość publicznemu wezwaniu do poboru. Wyrok ten został zamieniony na 10 lat więzienia, Jaskulskiego przewieziono do Wronek, skąd we wrześniu 1945 r. zdołał uciec. Ucieczka miała charakter improwizacji. Jaskulski wraz z drugim więźniem, zawodowym elektrykiem Sławomirem Liberackim, bywał wysyłany do napraw instalacji poza więzieniem. Podczas pracy wykonywanej w jakimś mieszkaniu więźniom udało się obezwładnić strażnika, przemknęli przez miasto do lasu, przepłynęli na drugą stronę Warty, zaopatrzyli się w odzież i - dla zatarcia śladów - powrócili na lewy brzeg rzeki. Skierowali się do Poznania - nie docenili jednak zawziętości komunistów, którzy wciąż przeczesywali cały teren. Liberacki nie wytrzymał kondycyjnie i psychicznie, zrezygnował z dalszej ucieczki. "Zagończyk" - stary harcerz - najpierw zagrzebał się w jakąś jamę i przykrył liśćmi, potem położył się na dnie płytkiego stawu i oddychając przez trzcinę przeczekał do przejścia obławy.

Podziemie antykomunistyczne

Po udanej ucieczce "Zagończyk" wrócił w Lubelskie i na terenie powiatu puławskiego zorganizował oddział złożony z osób zagrożonych aresztowaniami. Na początku dowodząc partyzantami "Orlika" - przeprowadził wspólny atak na stację PKP w Dęblinie, gdzie UB przetrzymywało żołnierzy AK. Więźniów nie udało się odbić, jedyną pociechę stanowiło kilkunastu zastrzelonych polskich i rosyjskich sowieciarzy. Dowództwo potraktowało akcję jako zdany egzamin i postanowiło przydzielić Jaskulskiemu poważniejsze zadanie. Na przełomie lat 1945-1946 w ramach tworzenia struktur Wolności i Niezawisłości "Zagończyk" otrzymał rozkaz zorganizowania terenu radomsko - kozienickiego. Na początku 1946 r. zgrupowanie "Zagończyka" przeprawiło się na lewy brzeg Wisły. Budowę swego inspektoratu "Zagończyk" zaczął od przejęcia pod komendę walczących już oddziałów. Podporządkował sobie znanego z akcji na więzienie w Radomiu "Oriona" (ppor. Włodzimierz Kozłowski), a także Orła" (st. sierż. Tadeusz Bednarski) i "Mściciela" (st. sierż. Tadeusz Moryc - oddział rozbity w czerwcu 1946 r.), następnie operujących w radomskiem: "Dzidy" (ppor. Marian Sadowski) i "Zagóry" (Stefan Nowacki, oddział rozbity wiosną 1946 r., część żołnierzy przeszła do "Igły"). Podporządkowały się Jaskulskiemu także walczące w iłżeckim oddziały: "Igły (ppor. Tadeusz Zieliński) "Zapory" (Konstanty Koniusz) i "Beliny" (Tadeusz Życki - rozwiązany w czerwcu 1946 r., część partyzantów przeszła do "Beliny") oraz duża grupa "Sokoła" (NN, operująca w radomskiem i iłżeckiem(. Osłonę komendy stanowiła 15 - 20 osobowa drużyna lotna "Jastrzębia" (sierż. podch. Zenon Ochal), w której było wielu AK-owców z Lubelszczyzny.

Największe oddziały - "Orła", "Dzidy", " Igły" i "Sokoła" liczyły 30-40, miały jednak rozbudowaną konspirację terenową, co dawało możliwość szybkiego podwajania stanu. Używano nazwy ZZK (Związek Zbrojnej Konspiracji), co dodatkowo szyfrowano jako Związek Zawodowy Kolejarzy; w oddziałach terenowych przyjęła się jednak nazwa ROAK - Ruch Oporu Armii Krajowej. Jaskulski zorganizował także świetnie funkcjonującą sieć cywilną WiN. Od stycznia do lipca 1946 w ramach ZZK uruchomione zostały 4 obwody, które obejmowały powiaty: kozienicki (kryptonim: Kozienicki Ruch Oporu, KRO), radomski (krypt: Polska Partia Socjalistyczna), konecki (krypt.: Związek Walki Młodych) oraz iłżecki (Stronnictwo Ludowe). Zorganizowano także placówki prasowe w Łodzi, Krotoszynie, Krakowie i Gdańsku, ta ostatnia zajmowała się także pozyskiwaniem broni. Po transporty jeździł samochodami współdziałający ze sztabem ZZK plut. podch. Aleksander Zdybiecki - "Kruk". W czerwcu 1946 r. "Zagończyk" odbył spotkanie z legendarnym "Ogniem" (Józef Kuraś) i zachęcony jego sukcesami zaczął projektować organizację dużych oddziałów partyzanckich w Górach Świętokrzyskich

Akcje bojowe

Od początku działalności w Radomskiem "Zagończyk" podjął walkę o odbicie "terenu" z rąk komunistów. Powstańcy przede wszystkim odbijali uwięzionych kolegów - rozbijali więzienia i posterunki MO/UB, niektóre kilkakrotnie.

Z większych akcji wspomnieć trzeba o przeprowadzonym 13 stycznia 1946 r. najeździe na Pionki. Atak na czele 100-osobowego oddziału poprowadził osobiście Jaskulski, opanowano posterunek MO, rozbrojono Straż Fabryczną przy pionkowskiej wytwórni prochu, a przy okazji zdobyto 3 cekaemy, 6 pistoletów maszynowych, granaty i amunicję.

18 lutego oddziały "Zagończyka" stoczyły bitwę w Laskach i Ponikwie z obławą oddziałów NKWD wzmocnionych przez sowieciarzy z MO i UB. Trudno powiedzieć, czy mieli świadomość, iż walczą na tym samym miejscu, gdzie kiedyś walczyli żołnierze Piłsudskiego, a sam Komendant właśnie pod Laskami został ranny. Walczyli - jakby wiedzieli, obława NKWD została nieźle podziurawiona i z niczym powróciła do baz.

10 kwietnia 1946 r. żołnierze "Zagończyka" po raz drugi opanowali Pionki. Poszukiwali "zasłużonych" UB-owców z Kielc i Częstochowy, którzy jednak już wcześniej wyjechali z miasta. Partyzanci zaimprowizowali wiec antykomunistyczny i po 4 godzinach wyjechali.

16 maja "Zagończycy" wjechali do Zwolenia, opanowali posterunek MO, dokonali też akcji ekspropriacyjnej w Spółdzielni Rolniczo-Handlowej.

22 maja miała miejsce jedna z większych akcji "Zagończyka". W tym czasie wracają już sowieckie oddziały z frontu, po drodze zachowują się jak w kraju podbitym - rabując, a czasem nawet podpalając polskie miasta. 22 maja na ich trasie znalazł się Zwoleń. Określenie "pogrom" ludności nie będzie tu przesadzone. Ktoś jednak zdołał zawiadomić partyzantów, którzy przegonili (bądź tylko: dogonili) Rosjan i odbili zrabowane mienie. Podobne akcje powtarzają się w tym okresie kilkakrotnie.

15 czerwca dochodzi do bitwy oddziałów "Zagończyka" z kolejnymi oddziałami NKWD wracającymi z frontu. Rosjanie znowu napadli na Zwoleń, akcja była jeszcze bardziej brutalna, były przypadki gwałtów i rabunków, spalono kilka domów. Wezwani przez mieszkańców partyzanci pobili czerwonoarmistów, padło co najmniej 35 zabitych (dane z uzasadnienia wyroku). Okoliczności tej akcji nie są jednak do końca jasne. Według jednej z wersji partyzanci szykowali w tym czasie atak na Kozienice, a na oddziały sowieckie wpadli przypadkiem w Zwoleniu czy nawet już za miasteczkiem. (Pozwoliło to mówić komunistom o "zasadzce"- jakby Rosjanie wiedzieli o zbliżających się partyzantach!). Według innej wersji "zagończycy" pod wpływem próśb mieszkańców Zwolenia o ratunek przerwali planowaną akcję i uderzyli na enkawudzistów. Rosjan uratowały oddziały sowieckich "pograniczników" (z osławionej "zbiorczej dywizji" NKWD) i "polskiego" UB/MO z Radomia. Prócz Zwolenia Sowieci napadli i obrabowali w tamtych dniach kilka sąsiednich miejscowości - partyzantom kilkakrotnie się udało odbijać ukradzione przez nich konie. Warto w tym miejscu zauważyć, iż prowokacja kielecka zwana poprawnie "pogromem" (4 lipca 1946 r.) mogła mieć nie tylko polityczny, międzynarodowy wymiar. Oczywiście kolejne próby wywołania zajść antyżydowskich (Kraków, Rzeszów) dowodzą, jak bardzo komunistom zależało na przedstawianiu Polski jako kraju antysemickiego, w którym tylko obecność "sowieciarzy" może zapewnić spokój. Ale konkretnie w lipcu 1946 r. chodziło także o odwrócenie uwagi od prawdziwych pogromów dokonywanych na polskiej ludności przez Rosjan, ale także przez "polskich" ubowców, wśród których było wielu Żydów.



Nie powiodła się natomiast próba opanowania Kozienic. Była to jedna z najpoważniejszych akcji podziemia antykomunistycznego w regionie radomskim.
14 czerwca 1946 r. żołnierze WiN przeprowadzili koncentrację w Gazowicach. Atakowali przejeżdżające samochody wojskowe, którymi zamierzali potem jechać do Zwolenia i Kozienic. Pierwsza faza operacji była udana. "Zagończyk" opanował centralę telefoniczną MO w Zwoleniu, aby odciąć łączność z Kozienicami. Niestety, wojska sowieckie urządziły zasadzkę na partyzantów koło miejscowości Błotne Górne. Po ciężkich walkach oddział wycofał się do lasu.

Żołnierze Franciszka Jaskulskiego opracowali również i realizowali plany eliminowania funkcjonariuszy komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. Zabili m.in. kpt. Dymitra Bakuna, dowódcę Komendy Powiatowej MO w Kielcach. Nawet poruszanie się w sporej obstawie nie uchroniło ubeckich siepaczy przed kulami partyzantów WiN. 18 lipca 1946 roku miała miejsce jedna z najbardziej spektakularnych akcji zgrupowania "Zagończyka". Oddział Tadeusza Zielińskiego, ps. "Igła", zorganizował zasadzkę na konwój, w którym jechał płk UB Alfred Wnukowski, szef aparatu bezpieczeństwa w Rzeszowie, jeden z bardziej znanych wówczas oprawców. W okolicach Modrzejowic, na trasie Radom - Iłża, Wnukowski wpadł w ręce żołnierzy "Igły", został zastrzelony; zginęła również jego żona Irena Sztejnach. Ta właśnie akcja była koronnym argumentem radomskiego SLD przeciwko postawieniu pomnika żołnierzy WiN w Radomiu. Postkomuniści twierdzą bowiem, że partyzanci dokonali wtedy egzekucji na bezbronnej kobiecie, która była w ciąży. Z relacji uczestników akcji wynika natomiast, że Irena Sztejnach była uzbrojona. Kamień ku czci Wnukowskiego znajduje się nadal w miejscu zorganizowania zasadzki.

Niestety, w tym samym czasie, gdy przeprowadzono udaną akcję przeciwko Wnukowskiemu, zaciskała się pętla wokół Franciszka Jaskulskiego, który 10 lipca 1946 r. zostaje mianowany dowódcą okręgu Kieleckiego WiN. 24 lipca 1946 roku "Zagończyk" odbił więźniów z transportu kolejowego na stacji Jedlnia-Letnisko. Istnieją poszlaki, że informację o transporcie przekazał Urząd Bezpieczeństwa. Po tej akcji, wobec konieczności ukrycia uwolnionych ludzi, "Zagończyk" pozostał w Jedlni praktycznie bez obstawy.

Zdrada

Podobnie jak "Uskok" czy "Orlik" również "Zagończyk" padł ofiarą zdrady.
26 lipca do łączniczki Jaskulskiego "Pantery" (Maria Szczęśniak) zgłosił się jeden z wracających z Gdańska ("Kruk") informując, że przyprowadził do Jedlni auta z bronią. Towarzyszących mu ludzi przedstawił jako konspiracyjną Milicję Morską. "Pantera" przyprowadziła "Zagończyka" - wtedy "Kruk" i rzekomi milicjanci rzucili się na niego. Aresztowano również jego brata i łączniczkę. "Kruk", który należał do najbardziej zaufanych ludzi majora "Zagończyka", po przejęciu kolejnego transportu broni postanowił potraktować ją jako "wpisowe" za przejście na stronę UB. UB-owcy doszli do wniosku, że jeżeli zdradził - to będzie zdradzać dalej. Nie zawiedli się. "Kruk" doprowadził ich do swego dowódcy.
Niestety, nie powiodły się ani próby odbicia Jaskulskiego z więzienia, ani jego ucieczki.
Podczas pobytu w celi, komuniści próbowali przekonać "Zagończyka" do zawarcia swoistego układu: w zamian za ujawnienie się jego ludzi, miał uzyskać wolność. Dla władz było to ważne, bo przez zgrupowanie przewijało się od 800 do 1.000 ludzi. Oczywiście major Jaskulski (od lipca dowódca okręgu WiN) nie miał w rzeczywistości żadnych szans na łagodne potraktowanie.

Jeden z wyklętych

11 stycznia 1947 roku odbył się w sądzie w Kielcach już drugi proces "Zagończyka" zorganizowany przez komunistów. Wyrokiem Sądu Rejonowego w Kielcach wydanym 17 stycznia 1947 r. major Franciszek Jaskulski skazany został na karę śmierci. W ostatnim słowie zresztą nie prosił o życie, tylko o śmierć. Akt oskarżenia zarzucał, że jego - jak to określono - "bandy" zamordowały: 17 funkcjonariuszy UBP, 25 funkcjonariuszy MO, 18 żołnierzy Wojsk Polskich, 48 żołnierzy Armii Czerwonej oraz 12 działaczy demokratycznych. Prośbę o ułaskawienie Jaskulskiego napisał w jego imieniu adwokat - Bierut jednak prośbę odrzucił. Major Franciszek Jaskulski został stracony 19 lutego 1947 roku, trzy dni przed ogłoszeniem amnestii. UB bardzo zależało na tym, aby jej nie doczekał. Egzekucję przeprowadzono w tajemnicy, nie wiadomo nawet, gdzie "Zagończyk" został pochowany.
Po jego śmierci, podziemie zbrojne było aktywne na Ziemi Radomskiej jeszcze przez kilka lat. Działał na tym terenie Tadeusz Zieliński "Igła", a do sierpnia 1950 roku por. Aleksander Młyński "Drągal".

Historia przyznała jednak rację Jaskulskiemu i jego żołnierzom. Poza SLD nikt nie kwestionuje patriotycznego charakteru działalności powojennego podziemia antykomunistycznego. Dziesięć lat temu prawnej rehabilitacji doczekał się również major "Zagończyk". 6 grudnia 1991 roku Sąd Wojewódzki w Kielcach unieważnił wyrok ze stycznia 1947 roku, skazujący Jaskulskiego na śmierć. W uzasadnieniu sąd stwierdził, że mjr Franciszek Jaskulski "Zagończyk" działał na rzecz niepodległego państwa polskiego. Za walki z Niemcami "Zagończyk" otrzymał Krzyż Virtuti Militari i Krzyż Walecznych.


Załączniki:
Komentarz do pliku: PAMIĘCI ŻOŁNIERZY
ZGRUPOWANIA WIN
DOWODZONEGO PRZEZ KOMENDANTA
FRANCISZKA JASKULSKIEGO „ZAGOŃCZYKA”
1945-1950

POLEGLI WALCZĄC Z KOMUNISTAMI
NA ZIEMI RADOMSKIEJ
W OBRONIE NIEPODLEGŁOŚCI
WIARY I TRADYCJI NARODOWEJ

radom.jpg
radom.jpg [ 65.87 KiB | Obejrzany 5373 razy ]
Komentarz do pliku: Mjr Franciszek Jerzy Jaskulski "Zagon","Zagończyk"
zagonczyk2.jpg
zagonczyk2.jpg [ 94.4 KiB | Obejrzany 5364 razy ]
Komentarz do pliku: Żołnierze „Zagończyka” po ujawnieniu się we wrześniu 1946 r. w Radomiu. Stoją od lewej: Kazimierz Borkowski „Szatyn„, Zygmunt Załęcki. W środku siedzi NN „Tarzan”, z prawej Roman Pogodziński
32d7d5233baba215med.jpg
32d7d5233baba215med.jpg [ 44.54 KiB | Obejrzany 5370 razy ]
Góra
   
 
 Temat postu: Re: Wyklęci.
PostWysłany: 21 Lut 2010, 16:16 
"Czarna legenda" powojennego podziemia niepodległościowego

Powojenne podziemie niepodległościowe zwalczane było nie tylko przez siły Urzędów Bezpieczeństwa, oddziałów NKWD i KBW czy milicji. Jeden z podstawowych elementów walki ze społecznym oporem to także propaganda, której celem było odebranie społeczeństwu zbiorowej pamięci o tym niezwykłym, na miarę powstania styczniowego, wysiłku zbrojnym.
W kilku województwach działania zbrojnego podziemia osiągały rozmiary lokalnych chłopskich powstań antykomunistycznych. Być może właśnie skala tego oporu zmusiła władze komunistyczne do tak zaciekłej walki politycznej nawet kilkadziesiąt lat po zdobyciu władzy, bo przeciwnika trzeba było zniszczyć nie tylko fizycznie, ale i moralnie w pamięci społecznej, by odebrać wolę oporu wobec komunistycznej władzy.
Zapoczątkowane w 1944 r. działania propagandy kierowane do społeczeństwa przez wyspecjalizowane instytucje w rodzaju wojewódzkich urzędów informacji i propagandy, podporządkowanych MSW (do 1947 r.), a następnie wojewódzkich wydziałów propagandy, podporządkowanych MSW i PZPR, kontynuowano także po 1956 r., praktycznie niemal do 1989 r. Zasady pisania o powojennym podziemiu niepodległościowym były niezmienne: przez czterdzieści lat wolno było pisać tylko źle. Do 1989 r. nie ukazała się ani jedna książka, wspomnienia czy tekst, w których wystawiono by pozytywną opinię o podziemiu.

Zatrute książki, artykuły, przedstawienia i filmy

Książki, w których zamieszczano zmyślone historie dotyczące działań powojennego podziemia, wydawano w olbrzymich, kilkudziesięciotysięcznych nakładach, zwielokrotnianych przez kolejne wydania. Tę swoistą "literaturę piękną" uzupełniano "wspomnieniami" funkcjonariuszy UB, którzy dosłużyli się w walkach "z bandami" wysokich stopni oficerskich: kapitanów, majorów, pułkowników, a niektórzy nawet zdobyli szlify generalskie. Postaci członków powojennego podziemia prezentowano w sposób jednolity, jako krwawych bandytów, którzy mordowali niewinnych ludzi oraz wszystkich wprowadzających w Polsce nowy ustrój.
Taki sposób pisania o podziemiu obowiązywał także w publicystyce prasowej. Prezentowanie działań podziemia niepodległościowego w konwencji "czarnej legendy" miało ten skutek, że nawet część uczestników tej walki, członków konspiracyjnych struktur, uwierzyła w to, że byli "bandytami". Książki te były jedynymi publikacjami, w których mogli przeczytać o sobie, nabierały zatem podwójnego znaczenia. Ludzie bali się mówić nawet wśród najbliższych o tym, jak było naprawdę, a równocześnie bombardowani przy każdej okazji przez oficjalną propagandę kreującą ich na "reakcyjnych bandytów", powoli, niedostrzegalnie, przyjmowali tę propagandę. Nie tylko publikacje książkowe i prasowe kształtowały "czarną legendę" o powojennym podziemiu. Ta dziedzina propagandy była także przedmiotem sztuk teatralnych i filmów fabularnych, w których w podobny sposób starano się zohydzić ludzi walczących o niepodległość kraju. W filmach znanych reżyserów występowali najpopularniejsi aktorzy. Przedstawiali oni członków organizacji konspiracyjnych jako bezwzględnych morderców, łasych na pieniądze bezideowców dopuszczających się bezprzykładnych okrucieństw, i wreszcie - zwykłych tchórzy.
W większości prac z tamtych lat punkt ciężkości kładziono na kwestie podważające dorobek Armii Krajowej w walce z niemieckim okupantem, bo wiadomo - większość powojennych "band" wywodziła się przecież z Armii Krajowej. Trzeba było więc ten czas i ludzkie postawy lat 1939-1944 przedstawić w innej - zgodnej z oczekiwaniami partii komunistycznej - wersji.

Sztylet "Burego" i jego autor

Autor wydanej w 1965 r. w serii Żółtego Tygrysa książeczce Sztylet "Burego" w nakładzie 160 tys. egzemplarzy, tak pokrótce scharakteryzował sytuację polityczną:

Na terenie województwa białostockiego najszybciej i najliczniej rozwinęła się w okresie okupacji Armia Krajowa. W szeregi jej wstępowali przeważnie wszyscy ci, którzy pragnęli z całego serca walki z faszystami, gorąco miłowali ojczyznę [...]. O polityce zaś albo nie mieli pojęcia, albo ich ona w ogóle nie obchodziła. [...]. Nie przychodziło im na myśl, by ich zapał i poświęcenie mogły być przez dowództwo zaprzepaszczone w imię jakichś niezrozumiałych dla nich celów [...] Białostocki okręg AK [...] na trzy miesiące przed wyzwoleniem [...] dysponował świetnie wyszkoloną kadrą: 390 przedwojennych oficerów, 365 podchorążych, 7320 podoficerów. Ile pułków można było rzucić do walki z faszystowskim okupantem, dysponując taką kadrą? A tak...
[...] Narodowe Siły Zbrojne [...] Dwanaście komend powiatowych. 6752 członków [...] 7 luźnych oddziałów bojowych. W każdym - 200 osób. Uzbrojenie... Wykaz broni ręcznej i automatycznej, maszynowej, artylerii, moździerzy [sic!], amunicji, min zajmuje kilka stron maszynopisu [...].

Jest to znana teza o "staniu z bronią u nogi", zamiast walki z niemieckim okupantem, którą tak naprawdę prowadziła tylko komunistyczna Armia Ludowa. Autor Sztyletu "Burego" pisał dalej:

Każdy dzień przynosi fakty, które świadczą, że Polska Partia Robotnicza składa się z działaczy, którzy ponad wszystko stawiają interes narodu. Stopniowo też zmienia się świadomość akowców. Prawdziwi mściciele, patrioci [...] odchodzą do ludowego wojska, obejmują stanowiska w administracji, przemyśle, milicji. Pod szyldem [...] Armii Krajowej pozostaje już tylko dowództwo [...] przeżarte nienawiścią do wszystkiego, co nowe. Zostaje też nieliczna kadra wiernych wychowanków [...].

Oczywiście, te słowa stałyby się bardziej zrozumiałe, gdyby czytelnik mógł - co wówczas było niemożliwe - zajrzeć do akt personalnych autora i z nich dowiedzieć się, że Norbert Zenon Pick (urodzony w 1922 r., pochodzenia robotniczego, narodowości żydowskiej, mający wykształcenie średnie) to pułkownik Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, m.in. w 1948 r. szef Sekcji 3 Wydziału II Departamentu II (kartoteki) MBP. Ostatni przydział: naczelnik Wydziału IV Biura "T" (podsłuchy) MSW. Zwolniony w 1958 r.

Kolejny literat z UB

Jeszcze bardziej znanym na ziemiach północno-wschodniej Polski pisarzem-specjalistą od "band reakcyjnego podziemia" był Aleksander Omiljanowicz. Być może wiele mówiącą informacją będzie to, że i ten literat to były funkcjonariusz referatu do spraw walki z bandami Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Suwałkach, szef PUBP w Iławie i Nidzicy. Wsławił się m.in. osobistym udziałem wiosną 1946 r. w aresztowaniach członków Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość" w czasie operacji rozbicia inspektoratu suwalsko-augustowskiego Komendy Okręgu WiN Białystok. Zatrzymani żołnierze Polski Podziemnej byli wówczas bici. Kilkakrotnie umknął spod kul patroli samoobrony WiN Obwodu Suwałki. Mimo wielu podobnych "zasług" został skazany w 1948 r. przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Olsztynie za tolerowanie stosowania tortur wobec przesłuchiwanych autochtonów, mieszkańców Warmii i Mazur, którzy mieli szczęście przeżyć jego śledcze metody.
W latach siedemdziesiątych był wziętym autorem licznych publikacji o walce z okupantem niemieckim i powojennym reakcyjnym podziemiem w Suwalskiem, członkiem kierownictwa białostockiego Zarządu Okręgu Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, gdzie wspólnie z kolegami z dawnego UBP nadal uprawiali politykę zwalczania "faszystowskiej reakcji". Obecnie białostocki oddział IPN prowadzi przeciwko niemu śledztwo w związku ze stosowaniem "niedozwolonych środków przymusu fizycznego" wobec żołnierzy podziemia niepodległościowego na Suwalszczyźnie.

Ryngraf z trupią czaszką, czyli obraz wroga

Jaki zatem był obraz "dowódców bez armii" przedstawiany społeczeństwu przez komunistycznych historyków? Jakie miejsce w historii wyznaczali im literaci z kręgów Wydziału Propagandy Komitetu Wojewódzkiego PZPR? Komendant Okręgu Białystok Narodowego Zjednoczenia Wojskowego ppłk Władysław Żwański "Błękit" -

[...] to notoryczny pijak, despota, grabieżca łupów dla swojej korzyści [...]. Syn Żwańskiego - Zbigniew, pseudonim "Noc" [...] działa na terenie powiatu Łomża, gdzie dał się poznać jako terrorysta i morderca. "Błękit" sam udziału w napadach i morderstwach nie brał. Od bandytów otrzymuje obfity haracz łupów [...].

Według autora tych słów, wspomnianego Omiljanowicza, odbywało się to w następujący sposób:

"Błękit", nie podnosząc się zza stołu, przepitym wzrokiem zmierzył przybyłego [...]:
- Napijesz się? - spytał "Mściwego", wskazując na stojącą butelkę z wódką.
- Jeżeli pan pułkownik łaskaw...
Żwański nalał sobie i "Mściwemu" po pół szklanki wódki. Wypili.
- Z czym przybywasz? - "Błękit" podniósł na "Mściwego" zaczerwienione od pijaństwa oczy.
- Po pierwsze przynoszę upominki od naszych ludzi - rzekł "Mściwy", odpinając torbę, bo aż nazbyt dobrze wiedział, od czego zaczynać "sprawozdanie" przed panem pułkownikiem.
"Błękit" wyciągnął rękę. "Mściwy" wygrzebał z polowej torby sporą paczkę banknotów i podał je watażce.
- Wszystko? - spytał z niedowierzaniem Żwański.
- Nie - odparł szybko "Mściwy" i położył na stole wydobyte z torby niewielkie zawiniątko. W zawiniątku było kilka zegarków, pierścionki i jakieś kolczyki [...].

Według Feliksa Sikorskiego, także funkcjonariusza resortu bezpieczeństwa, autora książeczki wydanej w serii Żółtego Tygrysa zatytułowanej Ryngraf z trupią czaszką (nakład 210 tys.), ppłk Aleksander Rybnik "Jerzy", zastępca prezesa Okręgu Białostockiego WiN, skompromitował się współpracą z najbardziej reakcyjną częścią podziemia, bo z kolaborującymi z Niemcami Narodowymi Siłami Zbrojnymi. Autor pisał:

Kilka lat temu podobno nie odpowiadał mu program tej skrajnie nacjonalistycznej organizacji, nie cofającej się przed współpracą z hitlerowcami, ale teraz [w 1945] wspólny interes polityczny [...] połączył wszystkich partnerów bez względu na przynależność.

Z kolei zastępca dowódcy 6. Wileńskiej Brygady AK por. Władysław Łukasiuk "Młot" to - jak byśmy dziś powiedzieli - osoba niepełnosprawna, "powłóczy bowiem nogą usztywnioną po nieszczęśliwym upadku z konia". Jednak - jak pisze Sikorski - "sztywna noga nie przeszkadza mu [...] kraść, mordować, a w WiN dosłużyć się stopnia porucznika".
Legenda białostockiego podziemia, słynny dowódca Kedywu w Komendzie Obwodu AK Wysokie Mazowieckie oraz dowódca oddziału partyzanckiego AK-WiN kpt. Kazimierz Kamiński "Huzar", to

jeden z najbardziej krwawych i najdłużej ukrywających się hersztów podziemia, pochodził z rodziny bogacza wiejskiego [...]. Notoryczny kawaler z wyraźnymi skłonnościami do sadyzmu [...], podczas okupacji [niemieckiej] [...] współdziałał z okupantem, wydając w ręce gestapo działaczy lewicowych i partyzantów radzieckich. Po wyzwoleniu [...] skupił wokół siebie przede wszystkim synów bogaczy wiejskich i ludzi spod znaku okupacyjnej organizacji "Miecz i Pług", głoszącej jawnie faszystowsko-nacjonalistyczny program polityczny.

Swych podwładnych traktowali - rzecz jasna - jak śmieci:

Pan major nie mógł sobie tej obelgi darować. Gdy samochód znikł, dopadł jednym skokiem swojego obserwatora, chwycił go za klapy munduru i zasyczał:
"Pędzelek"!... "Pędzelek"! Łajdaku! Ty słyszysz?! Majora "Łupaszkę" wystawiłeś na pośmiewisko?... Chamie! Ciężko mi za to zapłacisz!!!
Puścił go nagle, chwycił szpicrutę i z rozmachem ciął nią zmartwiałego obserwatora na odlew przez twarz jak szablą.

Tak zachowywał się ten krwawy "Łupaszka", dowódca, za którego jego żołnierze gotowi byli umierać, gdyby tylko tego od nich zażądał.

Od fałszywej historii do political fiction

Tak scharakteryzowane postaci to punkt wyjścia do nakreślenia sylwetek bohaterów fikcyjnych, istniejących tylko w wyobraźni autorów książek z dziedziny, którą dziś określilibyśmy political fiction. Do tej kategorii książek niewątpliwie należy wydana w 1960 r. w nakładzie 20 tys. książka zatytułowana "Rudy" zostawia ślad. Jej autor, bliżej nieznany Władysław Jarnicki, akcję umieścił w latach czterdziestych na terenie powiatu ostrołęckiego (województwo warszawskie) oraz w Warszawie. Opisał w niej działalność nieistniejącej w rzeczywistości Kwatery Głównej Obszaru Wschodniego NSZ. Jej dowódcą był tytułowy "Rudy", który w końcu okazał się szanowanym w Warszawie lekarzem. Za pomocą przenoszonej w walizce radiostacji kontaktował się z działającym w powiecie ostrołęckim komendantem Obwodu Wschodniego mjr. "Kretem", który także dysponował radiostacją. "Kretowi" z kolei podlegało kilka band tworzących razem VI Partyzancką Brygadę Wileńską NSZ. Mjr "Kret" jeszcze w 1947 r. przekazywał "Rudemu" przez radiostację raporty oraz otrzymywał z Zachodu drogą lotniczą zrzuty broni. To jedna z najbardziej bzdurnych informacji, na jakie można natknąć się w tego typu literaturze. Oto kim był mjr "Kret":

Już przed wojną [...] był zatrudniony na kierowniczym stanowisku w II Oddziale Sztabu Generalnego, w stopniu kapitana. Jednocześnie pracował, za słone pieniądze, dla wywiadu francuskiego. W ogóle sprawia on wrażenie człowieka bezideowego, zainteresowanego głównie zyskami materialnymi [...], ale to raczej tylko powłoka, pod którą krył się typowy faszysta. [...] Podczas okupacji został agentem gestapo [...]. W 1944 roku [...] po zlikwidowaniu oddziału partyzanckiego Armii Ludowej, w porozumieniu z szefem gestapo [...] przeszedł na stronę radziecką [...] i zgłosił się [...] do pracy w milicji [...].

Obraz ten byłby niepełny, gdyby autor nie wyposażył mjr. "Kreta" we wszelkie cechy tchórza, zgodnie bowiem z obowiązującym schematem ludzie ci byli pozbawieni jakichkolwiek pozytywnych cech. Aresztowani - poniżali się, błagali o litość, chociaż wcześniej litości tej nie mieli dla mordowanych przez siebie niewinnych istot. Taki właśnie był mjr "Kret".

Ten nieuchwytny, genialnie zręczny, wielbiony przez jednych, przeklinany przez drugich wódz świetnie zorganizowanej bandy, odważny aż do szaleństwa - nie zaciął się w dumnym milczeniu, nie usiłował odebrać sobie życia, nie próbował się nam w żaden sposób przeciwstawiać. Nie, wprost przeciwnie - sypał.
Blady jak śmierć, z obwisłymi policzkami i drgającymi nerwowo dłońmi wydawał nazwiska i miejsca pobytu wszystkich znanych mu członków bandy [...].
Drogą radiową skontaktowaliśmy się z sąsiednimi powiatami. Rozpoczęły się masowe aresztowania. Do północy na terenie samej Ostrołęki i jej okolic zatrzymaliśmy ponad trzysta osób [...] W Warszawie aresztowano pięć osób, w tym trzy piastujące dość poważne stanowiska w PSL

- opowiadał bohater książki, dzielny funkcjonariusz WUBP w Warszawie, por. Hubert Gren. Podobnie przedstawiano dowódcę mjr. "Kreta", tytułowego "Rudego", który przesłuchiwany przez oficerów UB ujawnił swe prawdziwe oblicze pozbawionego skrupułów reakcjonisty:

Majewski milczał chwilę z twarzą zaciętą, złą. Potem zaczął mówić: [...] Nienawidzę was, nienawidzę... Nienawidzę tego polskiego skarłowaciałego ludku, głupiego, leniwego i niechlujnego, który chce robić Bóg wie co, choć sam nic nie umie. Nienawidzę waszych ideałów, w które sami nie wierzycie, nienawidzę...

Obaj dowódcy musieli być przedstawieni w takim właśnie świetle, bo przecież skutki ich działalności były straszne. Władysław Jarnicki tak opisywał to, co zobaczyli funkcjonariusze UB na rozbitym przez bandę, zasłanym trupami posterunku milicji gdzieś w powiecie ostrołęckim:

Weszliśmy pospiesznie do aresztu. Oczom naszym ukazał się przerażający widok. Na kratach wisiał, tyłem do nas odwrócony, nagi mężczyzna. Z rozciętego brzucha wypływały na ziemię wnętrzności. W wykrzywionych agonią rysach rozpoznaliśmy twarz starszego referenta Milczarka z powiatowego Urzędu. Zdjęliśmy go ze sznura. Ręce i nogi miał połamane. Na jednym ramieniu, aż po łokieć, widoczne było pasmo skóry zwęglone od przypalania [...]. Z podobnym widokiem, z podobną sytuacją stykaliśmy się ostatnio tak często, że zobojętniały nie tylko moje oczy, ale serce i nerwy.

Lista zbrodni dokonanych przez bandytów od "Kreta" nie miała końca. Ścigająca ich grupa operacyjna udała się do domu sekretarza partii.

W mieszkaniu zapłakana żona tuliła do siebie dwunastoletnią córkę. Z zeznań jej wynikało, że było tu osiemnastu ludzi w mundurach, z ryngrafami na piersiach [...]. Dwóch z nich wpadło do mieszkania i zanim mąż zdążył wystrzelić z pepeszy, powalili go na ziemię i związali [...]. Mnie i Kasię bardzo bili - zeznawała dalej kobieta głosem zduszonym od wewnętrznego szlochu - a potem nas obie... - tu uczyniła bezradny gest wskazujący na rozdartą odzież i zmierzwioną pościel. - Błagałam, żeby oszczędzili dziecko, ale wtedy jeden kopnął mnie w brzuch i... chyba zemdlałam [...].

W tym czasie na poczcie zeznawała inna kobieta:

[...] Kierownika dobił ten mały. Strzelił w tył głowy. Rzuciłam się na niego. Chciałam mu wyrwać pistolet. Uderzył mnie kolbą w głowę i przewróciłam się na podłogę. Kiedy oprzytomniałam... leżał na mnie i... - zasłoniła twarz dłońmi. Po chwili mówiła dalej.
- Zaczęłam się szamotać. Czuć było od niego wódkę. Drapałam go po twarzy [...] Krzyknął. Był wściekły. Uderzył mnie w twarz bagnetem i zawołał: "A masz, ty kurwo ubowska, na pamiątkę po mnie!".

Czarny charakter "Tok" i jego twórca

Kolejnym "szwarccharakterem" powojennych opowieści był fikcyjny "Tok", zastępca dowódcy bandy działającej w Suwalskiem.

Nikt nie znał jego przeszłości i jego nazwiska. Był rosłym, dobrze zbudowanym mężczyzną około czterdziestki, o ryżych włosach i dziobatej twarzy [...], uchodził za mruka. Był to zarazem wyrafinowany i zimny morderca. On zawsze wykonywał wyroki na członkach partii, oficerach Wojska Polskiego, milicjantach. On okrutnie torturował ludzi sprzyjających nowej władzy. Był gotów każdego zabić, wszystko podpalić, ograbić. Baliśmy się go jak ognia, bo kilku naszych - to znaczy bandytów - jakoby podejrzanych o chęć dezercji lub przychylne wyrażanie się o poczynaniach nowej władzy, "Tok" także rozwalił. Czasami po pijanemu "Tok" zaczynał przeklinać nas po niemiecku lub śpiewać hitlerowskie piosenki, co nas także nie dziwiło, bo w bandzie niewiele rzeczy mogło człowieka zadziwić.

- zwierzał się autorowi opowiadania, wspominanemu już Aleksandrowi Omiljanowiczowi, nawrócony bandyta.
Kim był "Tok"? Odpowiedzi na to pytanie udzielił powołany do życia przez autora znany działacz partyjny z powiatu, niejaki Ludwik Kowalewski. Przemawiał na wiejskim zebraniu. Podsłuchiwał go wspomniany, nawrócony później, członek "bandy", który leżał na strychu domu, gdzie odbywało się zebranie. Właśnie przeżywał rozterki duchowe. Coś jednak się w nim zmieniało:

Pierwszy raz słuchałem kogoś, kto reprezentował nową władzę, którą zwalczałem. Nie, to nie znaczy, że ja z nim się zgadzałem. On był działaczem PPR, a ja bandytą, który mógł go w każdej chwili zastrzelić. Ale było coś w jego słowach, w sposobie mówienia, czego nie umiem wytłumaczyć, a co przykuwało moją uwagę.
Widziałem przez szparę, że i chłopi słuchali go coraz uważniej [...].
Naraz wstrzymałem oddech. Padały słowa: bandy, podziemie, terror, morderstwa [...]. Kowalewski mówił o bezsensowności bratobójczej walki. I naraz padł pseudonim mojego dowódcy - "Toka". Mówca spytał, czy chłopi wiedzą, kim jest z pochodzenia "Tok", ten morderca, rabuś, tak zaciekle zwalczający władzę ludową [...]
- "Tok" nazywa się Otto Wilkuschek, jest volksdeutschem ze wsi Zagórze, przed wojną był w piątej kolumnie hitlerowskiej. Podczas wojny był w jednym z powiatów Białostocczyzny najpierw w Selbstschutzu, a potem Jagdkommandzie, które tropiło partyzantów AK. Brał udział w pacyfikacjach wsi, a między innymi Wólki, gdzie spalono prawie całą wieś i wymordowano jej mieszkańców. Rozstrzeliwał ludzi...
- Nie, to niemożliwe! - pomyślałem sobie. - To propaganda! A więc "Tok" miałby pacyfikować moją wieś...? Może rozstrzelał mojego ojca...?
[...] "Tok" był aresztowany i za zbrodnie wojenne skazany na karę śmierci. Umknął z więzienia, gdzie czekał go stryczek. Trafił do bandy, został dowódcą [...]. Starałem się odepchnąć od siebie to, co usłyszałem, że "Tok" to hitlerowski zbir, że w czasie wojny rozstrzeliwał ludzi, palił wsie i moją wieś spalił, tropił partyzantów i być może kiedyś strzelaliśmy do siebie [...] Czerw zwątpienia zaczynał mnie drążyć coraz bardziej.
Kowalewski mówił dalej o likwidacji band i podziemia, o tym, co będzie w gminie za rok, dwa, pięć [lat]. I mówił o tym tak prosto, swojsko jak gospodarz, który wie, co gdzie posiać, posadzić, wybudować. Nic chłopom nie obiecywał, a mówił o wspólnej pracy, o ciężkiej drodze, którą trzeba przebyć.
Co działo się ze mną na tym strychu urzędu gminnego? On wierzył w to, co mówił, bo takich rzeczy nie mówi się bez wiary. Coś załamywało się we mnie, synu chłopskim, żołnierzu Września, partyzancie AK, a wtedy bandycie z szajki "Toka".

Albo taki Surowiecki "Szabla", który przeprowadzał bandycki zwiad w terenie na rozkaz Zygmunta Wasilewskiego "Martina" - dowódcy bandy terrorystyczno-rabunkowej w Augustowskiem. Omiljanowicz uczynił z "Szabli" agenta Abwehry od 1940 r., którego w dowód uznania dla jego pracy skierowano w 1941 r. do szkoły wywiadu i dywersji Abwehry koło Królewca. Następnie "Szabla" wykonywał zadania dywersyjne aż pod Witebskiem na Białorusi, po czym wolą autora powrócił w Augustowskie, gdzie wstąpił w szeregi AK. Oczywiście w 1944 r. podjął walkę z "władzą ludową". Nadal pracował w wywiadzie, tyle że teraz "celował w zdobywaniu informacji, u kogo można co cenniejszego zrabować, kto jest członkiem PPR, kto mówi pozytywnie o władzy ludowej lub nienawistnie o bandach".
Jedną z ofiar fikcyjnego "Szabli" był Jan Szostak, według Omiljanowicza żołnierz AK, który po lipcu 1944 r. chciał walczyć z Niemcami, wstąpił więc do ludowego wojska. Ranny, po kilku miesiącach wrócił ze szpitala do domu.

Zza wzgórz zamajaczyły dachy zabudowań Czarnuchy. Pamiętał ostrzeżenie dowódcy jednostki, żeby uważał na siebie, gdyż bandy mordują wracających do domu żołnierzy. Był ojcem siedmiorga dzieci. W myślach widział teraz ich twarze. Zapukał do okna. Skrzypnęły drzwi. Wyjrzała żona.
- Jasiu...
- Ziutka...
Załkali oboje i długo stali przytuleni do siebie na progu chaty. Potem brał kolejno w ramiona dzieci. W domu Jana Szostaka zapanowała wielka radość.
Upłynęły cztery dni i nadeszła noc z 22 na 23 marca 1945 roku. Dzieci już spały, jedynie on z żoną krzątał się po izbie. Wtem usłyszał podejrzany szmer, jak gdyby ktoś skradał się pod ścianami domu [...]. Otworzył. Wpadli z krzykiem: Ręce do góry! i przyparli go lufami pistoletów maszynowych do ściany. Szostak poznał Zygmunta Wasilewskiego "Martina", Mieczysława Surowieckiego "Szablę" i innych [...].
- Gdzie syn Czesław? - spytał "Martin".
- Śpi - odrzekł cicho Szostak.
Ściągnęli chłopca z łóżka i postawili przy ojcu [...]. Żona i obudzone dzieci podniosły lament, płacz, prośby [...].
- Zygmunt, Mietek, sąsiedzi, wspomnijcie, jak razem w oddziale... Ja akowiec, ja krew za Ojczyznę, za Warszawę, dla kawałka ziemi... - zajęczał Szostak.
- Milcz! - doskoczył do niego "Martin" i uderzył go pięścią w twarz.
- Darujcie! - krzyknęła [...] Szostakowa, ale uderzona kolbą rewolweru w twarz, zamilkła. [...]
- Polacy, bracia, darujcie chociaż Cześkowi, on ma dopiero osiemnaście lat, nie na oczach rodziny! W imię ojca i syna...
Nie dokończył. "Martin" strzelił mu trzy razy w twarz z pistoletu, a "Szabla" do Czesława.
- Rabować, zabierać wszystko, wszystko - krzyknął herszt.
Zgraja rzuciła się do szafy, do schowków. Chociaż w tej chacie nędza szczerzyła zęby z każdego kąta, bandyci zabierali dziecinne ubranka, naczynia kuchenne, pościel, nawet ostatnie podarte pantofle Szostakowej. Surowiecki chciał spalić dom, a w nim wdowę z dziećmi i zamordowanymi, gdyż w hitlerowskim wywiadzie był przyzwyczajony do takiej roboty, powstrzymał go jednak "Martin" i inni. Obawiali się, że łuna pożaru szybko sprowadzi pościg.
U meliniarza w Osowym Grądzie dzielili uczciwie łup z rabunku. Samogonem zapijali udaną akcję, planując następną.

Jan Szostak to postać jak najbardziej prawdziwa. Również data jego śmierci jest prawdziwa. Jednak przyczyny śmierci były zgoła inne. W aktach sprawy karnej komendanta okręgu Armii Krajowej Obywatelskiej Białystok, ppłk. Władysława Liniarskiego "Mścisława", skazanego w 1946 r. na karę śmierci, znajduje się pismo tegoż "Mścisława" z 25 lutego 1945 r. - miesiąc przed opisywanym wydarzeniem - adresowane do inspektora suwalsko-augustowskiego AKO kpt. "Zemsty" z dopiskiem: sprawa pilna. Jest to lista konfidentów Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Augustowie. Wśród 18 nazwisk pod pozycją nr 8 znajduje się następujący zapis: "Szostak Jan - Augustów, zbiera kontyngent machorki - niebezpieczny". Jest to jedyna osoba, przy której znajduje się na tej liście dopisek "niebezpieczny". Czy rzeczywiście wcześniej był członkiem AK - niewykluczone, chociaż fakt ten mógł być - jak wiele innych - również zmyślony przez autora w celu wzmocnienia efektu. Jak można się domyślać, wywiad AK zdobył tę listę od swego agenta pracującego w WUBP. W ciągu najbliższych kilku miesięcy jeszcze kilka osób na niej umieszczonych zostało zlikwidowanych przez patrole samoobrony Obwodu WiN Augustów.

Uzbrojeni po zęby

Reakcyjne bandy zawsze opisywano jako bardzo liczne i świetnie uzbrojone. To miało usprawiedliwiać zakres stosowanych przez UB represji i wyolbrzymiać jego dzieło rozbicia faszystowskiej partyzantki, gdy "tak nieliczni dokonali tak wiele".

Jeszcze w momencie zajmowania stanowiska obserwacyjnego na skraju szosy kapitan Waszkiewicz skłonny był wierzyć, że poddał się naiwnej psychozie [...]. Jednak to, co kapitan ujrzał, rozpraszało wszelkie wątpliwości. W niewielkiej odległości przed nim formowała się kolumna jeźdźców. Każdy ruch ludzi biegnących do koni czy zajmujących miejsca w szyku świadczył o rutynie wojskowej i gruntownym przeszkoleniu kawalerzystów.
Waszkiewicz przyłożył lornetkę do oczu. Mieli nowiutkie umundurowanie. Wszyscy w [...] ostrogach, przy szablach [...]. Na piersiach - pistolety maszynowe sten lub empi. Bardzo dużo niemieckich ręcznych karabinów maszynowych.

Dla wyjaśnienia: sten to angielski pistolet maszynowy, będący w 1944 r. w uzbrojeniu oddziałów partyzanckich w południowej oraz południowo-wschodniej Polsce, a także w Warszawie, czyli tam, gdzie docierały dokonywane przez alianckie lotnictwo zrzuty broni. Posiadanie stenów miało sugerować, że oddział ten otrzymywał w 1945 r. i później zrzuty broni, co już samo w sobie było informacją absurdalną. W Białostockie nigdy w czasie okupacji niemieckiej nie dotarł żaden zrzut, było bowiem za daleko od baz alianckich we Włoszech i Anglii. Natomiast empi to niemieckie pistolety maszynowe. Ich posiadanie miało sugerować, że otrzymane zostały od hitlerowców do walki z komunistami, bo przecież AK "stała z bronią u nogi" i "współpracowała z hitlerowcami". W rzeczywistości nie była to broń pożądana i poszukiwana przez partyzantów, gdyż po prostu brakowało do niej amunicji, chociaż cieszyła się uznaniem wojska Polski Podziemnej jako broń niezawodna.
Nie tylko o tę broń chodziło. Według ówczesnych autorów oddziały partyzanckie mnożyły się jak grzyby po deszczu i były doskonale (czytaj: znacznie lepiej od "ludowego" WP) uzbrojone. Wielokrotnie wielu historyków komunistycznych wspomina o zdobytych moździerzach i działach artyleryjskich. Oddziały takie liczyły też czasami... 600, 800 albo i 1500 bandytów. Papier wszystko potrafił znieść, nawet największą bzdurę.

Romantycy z krwi i kości

Z tym ponurym obrazem bandziorów bez czci i honoru, byłych agentów gestapo wydających w ręce hitlerowców najlepszych polskich patriotów, kontrastował wizerunek funkcjonariuszy resortu bezpieczeństwa publicznego, członków partii komunistycznej, żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, milicjantów. Byli to patrioci - ludzie z krwi i kości, może mający wiele ludzkich wad, ale gotowi poświęcić życie w obronie "demokratycznego ustroju Państwa Polskiego". Nie byli kryształowi, ale przecież walczyli o słuszną sprawę, musieli więc wzbudzać sympatię:

To zadanie może wykonać jedynie Tadeusz Krawczuk [...] Nikt inny, tylko on. Gdybyście mu kazali mitycznego Belzebuba przyprowadzić za rogi - uczyniłby to. Jego operacyjne wyczyny graniczą często z szaleństwem. Zawsze ociera się o śmierć [...] - reklamował podwładnego szef Wydziału do spraw Zwalczania Bandytyzmu [WUBP w Białymstoku].

Tadeusz Krawczuk miał

młodzieńczą, urodziwą sylwetkę [...]. Smukła postawa, śniada twarz, czarne, kędzierzawe włosy, przenikliwy wzrok. Pierś jego zdobiły baretki odznaczeń i gwiazdki za odniesione rany [...].
- Podobno lubicie wypić i porozrabiać? - zmienił temat szef [WUBP w Białymstoku, towarzysz mjr Szysz].
- Bywa, towarzyszu majorze.
- Jak to bywa...? - major Szysz uniósł brwi.
- Front, przeżycia, młodo się przyzwyczaiłem do kieliszka [...] Teraz także o kulę nietrudno. Czasem więc człowiek się zapomni...
- Już lepiej niech tego "czasami" i tego "zapomni się" nie będzie - odrzekł z naciskiem szef

- jednym słowem, ludzki człek był ten mjr Szysz.
Po przesłuchaniu groźnego bandyty oficer śledczy UB natychmiast staje się romantyczny. Okazuje się, że żywi głębokie uczucia miłości i oddania, i to nie do partii komunistycznej, a do najzwyklejszej kobiety, chociaż może nie była ona taka zwykła, skoro wybrał ją funkcjonariusz bezpieczeństwa:

Gdy tego dnia wrześniowego wychodziłem z Wojewódzkiego Urzędu [Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie], myślałem tylko o Teresie. [...] Szedłem wolno Targową, przedłużając chwile po raz pierwszy radosnej tęsknoty. Po drodze minąłem kwiaciarnię. No tak, że też wcześniej o tym nie pomyślałem. Po chwili trochę wstydliwie niosłem w dłoni wiązankę róż [...]. Moje pierwsze kwiaty dla niej [...]
Idąc za nią przez mały przedpokój, ogarnąłem spojrzeniem zgrabną, bardzo kobiecą sylwetkę. Więc jednak jest, istnieje? Krótka, urlopowa miłość nie była snem? Teresa jest - żywa, prawdziwa, to nie papierowa postać z przeczytanej powieści? [...]

Funkcjonariusz umie też kochać:

Światło nocnej lampki padało z boku na Teresę. Wpatrzyłem się w drogą mi twarz, w połyskliwe oczy, w wilgotne, nieco za pełne usta... [...]
Dwoje ramion, miękko oplecionych wokół mojej szyi, pocałunki i bezładnie szeptane, kochane słowa...

Jak widać, byli to ludzie z krwi i kości, jak każdy z nas.

"Otumanione" społeczeństwo

Oczywiście opis sytuacji byłby niepełny, gdybyśmy pominęli społeczeństwo. Zgodnie z obecnymi w każdej książce z tego okresu tezami propagandy komunistycznej, ludność początkowo była otumaniona przez reakcję, ale po jakimś czasie, po ujrzeniu rzeczywistych, jak najbardziej uczciwych intencji nowej władzy, przestawała popierać bandy, udzielając całkowitego poparcia PPR. Ale na początku ciemnych chłopów trzeba było uświadomić, co nie było łatwe. Przekonał się o tym dowódca batalionu KBW kpt. Waszkiewicz, którego oddział rozlokowany gdzieś w województwie białostockim, był samotną wyspą "w morzu band i siepaczy".
"Jedni chcą sprzedać Polskę na zachód, drudzy na wschód. I o to się rżną! I o to niewinna polska krew się leje" - wyjaśnił zniechęcony gospodarz, u którego zatrzymał się kpt. Waszkiewicz. Widząc wahanie się chłopa, ośmielony kapitan KBW poczuł chęć spełnienia misji nawrócenia niewiernego:

Czy zastanawiał się pan nad niektórymi drobnostkami? Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego każe rozdać ziemię obszarniczą chłopom. Jeżeli chłop otrzyma ziemię, to największe z tego korzyści będzie miał kto? Sowieci, nieprawdaż? Dalej: jeśli w Polsce zostaną przywrócone wszystkie swobody demokratyczne, jak zapowiada PKWN, jeśli panować będzie wolność organizacji politycznych, zawodowych, prasy, sumienia i tak dalej - to, rzecz jasna, również najwięcej z tego skorzystają Sowieci. Czyż nie tak? W tej chwili przeprowadza się reformę rolną. Chłop dostaje ziemię, staje się jej prawowitym gospodarzem [...] Są to fakty spotykane na co dzień. A robi się to dlatego przede wszystkim, żeby Polskę sprzedać Rosji. Nie? Nie wiem, czy zauważa pan te drobnostki. Czy jest pan zupełnie pewny, że to wszystko to forma sprzedaży Polski Sowietom? [...]
- Puste słowa i nic więcej - odrzekł po namyśle Bachra.
- [...] Wobec tego niech pan będzie łaskaw wskazać mi jakikolwiek dokument tego drugiego rządu, tego, co to chce Polskę sprzedać na zachód, który by zawierał taki bogaty program polityczno-społeczny czy gospodarczy! Dobra! Połowę tego programu!
Waszkiewicz przyjrzał się uważnie swojemu rozmówcy [...] i nagle zrozumiał, że wszystko, co tu zostało powiedziane, trafiło w próżnię [...].

Jak widać, by uprawdopodobnić ten czarny obraz podziemia, autorzy przytoczonych słów gotowi byli przyznać, że "bandytów" popierała część społeczeństwa. Oczywiście ludzie ci mogli znaleźć się wśród popierających "bandę" tylko w wyniku otumanienia przez "reakcyjną propagandę", jednak gdy tylko uzyskali możliwość poznania prawdy z ust przedstawicieli najlepszego ustroju, natychmiast przechodzili na stronę komunistów.

"Czarna legenda" dzisiaj

Czy "czarna legenda" powojennego podziemia niepodległościowego jest jeszcze żywa? Jestem przekonany, że tak. Mimo upływu wielu lat od chwili odzyskania niepodległości, podręczniki szkolne nadal nie zawierają niemal żadnych informacji o bohaterach walk z sowieckim okupantem i ludźmi tworzącymi struktury komunistycznej władzy. Szkoły nie noszą imion bohaterskich żołnierzy WiN i Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, a takich wówczas nie brakowało. Nowym ulicom w miastach nie nadaje się ich nazwisk, przeciwnie: próby przywracania żołnierzy powojennego podziemia społecznej pamięci spotykają się z gwałtownymi atakami, tak jak miało to miejsce wielokrotnie nawet w polskim parlamencie.
I nie może to dziwić, skoro sam Jacek Kuroń, jeden z najbardziej znanych w PRL opozycjonistów, człowiek o niewątpliwych zasługach w rozmontowaniu systemu komunistycznego, mógł w wolnej Polsce napisać takie słowa o podhalańskim bohaterze "Ogniu":

najpierw należał do AK, potem założył własną bandę. [...] Niesłychanie długo terroryzował Podhale. Otóż "Ogniowi" co pewien czas podobała się jakaś dziewczyna, więc brał z nią ślub. Czy zawierał małżeństwa w kościele, pod bronią, czy zmuszając księży do udzielania mu kolejnych ślubów, czy obywał się bez kościoła, nieważne, fakt, że wesela robił najhuczniejsze na świecie. Przy tej okazji rozwalał czerwonych i Żydów. Właśnie w Rabce odbywał się taki ślub. "Ogień" naprzód wydał wódę, potem kazał wypuścić ją w rynsztoki, podpalił gorzelnię i w świetle pożaru pędził w olbrzymim kuligu z tą swoją nowo poślubioną żoną.

Swą opinię o powojennym podziemiu niepodległościowym Kuroń podtrzymał w następnych publikacjach. W 1998 r. przedstawił następującą analizę sytuacji w konspiracji:

W 1945 r. oddziały partyzanckie [...] bały się, że zostaną wykryte i rozbite przez Sowietów. Więc rabowano chłopów. Ruszył proces wyradzania się partyzantki w bandytyzm. Od chwili rozwiązania AK [czyli od stycznia 1945 r.] coraz trudniej było odróżnić bandę rabunkową od grupy niepodległościowej.

I dziś w niektórych polskich środowiskach, także uniwersyteckich, historycy, którzy uczciwie zajmują się historią antykomunistycznego podziemia, są oskarżani o stronniczość przez strojących się w piórka "niezależnych naukowców" - funkcjonariuszy dawnego aparatu propagandy czy zgoła bezpieczeństwa. I nie jest jeszcze najgorzej, jeśli bohaterowie powojennego podziemia niepodległościowego mogą liczyć na uznanie ich racji za równoważne z racjami "drugiej strony". Często jednak nawet takiej szansy nie mają.
W tej sytuacji trudno się dziwić, że "czarna legenda" powojennego podziemia niepodległościowego trwa nadal.


Przedruk z "Biuletynu Instytutu Pamięci Narodowej", nr 5(28), maj 2003, str. 61-72.


Góra
   
 
 Temat postu: Re: Wyklęci.
PostWysłany: 21 Lut 2010, 19:52 
Awatar użytkownika

Dołączenie: 13 Mar 2009, 13:36
Posty: 21
Miejscowość: Szczecinek
Ostatni Generał na ziemiach PRL
Generał August Emil Fieldorf "Nil" (20 marca 1895-24 lutego 1953) był jedną z najwspanialszych postaci polskiej konspiracji: Związku Walki Zbrojnej, Armii Krajowej i "Nie".

Na mocy wyroku sądów PRL opartych na monstrualnym oskarżeniu o współpracę z okupantem, Generał "Nil" skazany został na śmierć, a wyrok wykonano 24 lutego 1953. Generał "Nil" był najwyższym stopniem i autorytetem dowódcą Armii Krajowej i poakowskiej konspiracji, który znalazł się w rękach powojennego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i który za swoją wierność wolnej Polsce zapłacił życiem.


Załączniki:
Komentarz do pliku: Ppłk Emil Fieldorf, 1932
nil03.jpg
nil03.jpg [ 18.63 KiB | Obejrzany 5179 razy ]
Komentarz do pliku: Ostatnie zdjęcie przed aresztowaniem.
nil07.jpg
nil07.jpg [ 37.84 KiB | Obejrzany 5185 razy ]
Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Wyklęci.
PostWysłany: 21 Lut 2010, 19:58 
Awatar użytkownika

Dołączenie: 13 Mar 2009, 13:36
Posty: 21
Miejscowość: Szczecinek
Mordercy Gen. "Nila"
20 października 1952 r. sędziowie Sądu Najwyższego: Igor Andrejew, Gustaw Auscaler i Emil Merz, podtrzymali wyrok kary śmierci. Sędzia Andrejew przez 35 lat (do 1985 r.) był pracownikiem naukowo-dydaktycznym Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, w 1954 r. został profesorem nadzwyczajnym, a 10 lat później zwyczajnym. Współtworzył uchwalony w 1969 r. Kodeks Karny, na początku lat 70. przewodniczył Komitetowi Nauk Prawnych PAN, jego podręczniki do niedawna obowiązywały na polskich uczelniach. Zmarł w 1994 r.

Nie żyją także sędziowie Merz i Auscaler. Obaj po zakończeniu kariery sądowej wyjechali do Izraela, gdzie zmarli. Marcową emigrantką była również wiceprokurator Generalnej Prokuratury PRL (zwolniona, tak jak Wajsblech, w 1957 r.) Paulina Kern, która oskarżała gen. Fieldorfa przed Sądem Najwyższym. Także i ona zmarła w Izraelu w 1980 r.

Wyrok na "Nilu" wykonano 24 lutego 1953 r. Egzekucję nadzorowali prokurator Witold Gatner i wicedyrektor Departamentu Sądowego Prokuratury Generalnej Alicja Graff. Oboje jeszcze żyją, podobnie jak śledczy UB Kazimierz Górski. W przeciwieństwie do Wolińskiej, nie są jednak objęci żadnym śledztwem w sprawie mordu na gen. Fieldorfie.


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Wyklęci.
PostWysłany: 21 Lut 2010, 20:09 
Awatar użytkownika

Dołączenie: 13 Mar 2009, 13:36
Posty: 21
Miejscowość: Szczecinek
GEN. EMIL FIELDORF "NIL"- Retrospekcja

http://www.youtube.com/watch?v=8xNSbRK3cBs


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Wyklęci.
PostWysłany: 22 Lut 2010, 08:26 
Narodowe Zjednoczenie Wojskowe 1945-1956

Jedną z największych powojennych organizacji antykomunistycznych było NZW - Narodowe Zjednoczenie Wojskowe, które powstało po rozwiązaniu Armii Krajowej, choć przygotowania do jego powołania trwały już od listopada 1944. W skład NZW weszły struktury Narodowej Organizacji Wojskowej [NOW], włączone do AK w listopadzie 1942, Narodowych Sił Zbrojnych [NSZ], włączone do AK w marcu 1944, a także lokalne siatki konspiracyjne AK [m.in. na Białostocczyźnie i Mazowszu], w tym wywiadowcze, które nie podjęły działalności w organizacjach wykształconych na bazie AK ["Nie"-DSZ-WiN, ROAK, KWP itp.].

NOW

Narodowe Zjednoczenie Wojskowe tworzone było jako zaplecze wojskowe konspiracyjnego Stronnictwa Narodowego, w tym czasie najsilniejszej partii politycznego polskiego podziemia niepodległościowego. SN przeciwne było akcji "Burza" polegającej na zbrojnym wystąpieniu przeciw Niemcom i ujawnianiu sił AK wobec Sowietów. Partia ta uważała, że przyczyni się to jedynie do dekonspiracji żołnierzy przed NKWD i doprowadzi do dalszej, dramatycznej eksterminacji najbardziej ideowych elementów. Mimo to, oddziały NOW-AK oraz NSZ-AK, wypełniając lojalnie umowy scaleniowe z AK, wzięły udział w "Burzy" - a przede wszystkim w Powstaniu Warszawskim [np. baon NOW "Gustaw"]. Ich wkład był znacznie większy niż to dotychczas podawano w historiografii tego okresu.
Struktury NOW-AK i NSZ-AK nie były ujawnianie przed wkraczającymi na ziemie polskie wojskami sowieckimi, na skutek czego w mniejszym stopniu zostały rozpracowane i zinfiltrowane przez NKWD, a także przez działające agenturalnie oddziały partyzantki komunistycznej [sowieckiej i PPR-owskiej] - czyli tzw. "bandy pozorowane".

W dotychczasowej historiografii powojennego podziemia narodowego wyróżniano błędnie kilka organizacji: NZW, NOW i NSZ, w dodatku NZW posługiwało się także inną nazwą, która zresztą w większości Okręgów nie przyjęła się na trwałe: Narodowy Związek Zbrojny [NZZ].

Faktycznie istniały tylko dwie organizacje tego kierunku ideowego: NZW i NSZ.
Narodowe Siły Zbrojne jako organizacja samodzielna, będąca kontynuacją tej części NSZ, która nie scaliła się z Armią Krajową, działały jednak tylko przez kilka miesięcy 1945. Zostały rozbite i zdekonspirowane aresztowaniami UB między lipcem a październikiem 1945 i faktycznie przestały istnieć. Na przełomie lat 1945/46 ich resztki zostały podporządkowane Komendzie Głównej NZW. Nieporozumienia wokół istnienia kilku odrębnych organizacji narodowych po wojnie wzięły się natomiast stąd, że niektóre lokalne struktury NZW działały pod nazwami wywodzącymi się z okresu okupacji niemieckiej: część Okręgów używała nowej nazwy [NZW], były jednak i takie, które do końca działalności występowały pod nazwą Narodowej Organizacji Wojskowej [np. Okręg Rzeszów, część Okręgu Śląskiego] lub Narodowych Sił Zbrojnych [Lublin, Podlasie, Radom].
Oprócz pionu zbrojnego istniały jeszcze inne struktury Stronnictwa Narodowego w konspiracji - Hufce Polskie [działały do połowy 1948], Młodzież Wielkiej Polski [grupująca młodzież szkół średnich] i Młodzież Wszechpolska [mająca zaplecze w młodzieży akademickiej] - funkcjonujące również do połowy 1948. Wydawały one własną prasę konspiracyjną i prowadziły działalność ideowo-polityczną.

Komendantem Głównym NZW został ppłk Albin Walenty Rak "Lesiński" [który w styczniu 1945 postanowił wycofać się z konspiracji], następnie ppłk Władysław Owoc "Paweł" [w marcu 1945 aresztowany przez UB], potem ppłk Tadeusz Danilewicz "Kossak", "Doman" [do listopada 1945], a po jego wyjeździe na Zachód funkcję tę pełnił przejściowo - do lutego 1946 - kpt. Włodzimierz Marszewski "Gorczyca" [równolegle był on kierownikiem Wydziału Wojskowego SN]. Ostatnim Komendantem Głównym był płk Bronisław Banasik "Stefan" [do aresztowania w styczniu 1948]. Szefem sztabu był ppłk Tadeusz Danilewicz "Kuba" [do czerwca 1945], następnie kpt. Jerzy Pilaciński "Lech" [od listopada 1945 - do listopada 1946] i mjr Józef Drelichowski "Hen" [do stycznia 1948]. Szefem I Oddziału [organizacyjnego] był por. Lechosław Roszkowski "Tomasz" [jako p.o. do kwietnia 1945], por. Kazimierz Mirecki "Kazimierz", "Żmuda" [do aresztowania w sierpniu 1945] i ponownie por. Lechosław Roszkowski "Tomasz" [do aresztowania w kwietniu 1946].
Szefem II Oddziału [wywiadowczego] był kpt. Tadeusz Zawadziński "Wojciech" [do aresztowania w kwietniu 1946]. Przejściowo, przez kilka miesięcy w 1945, funkcję tę pełnił mjr "Józef" NN. Szefem III Oddziału [propagandy] był por. Witold Borowski "Witold" [do aresztowania w kwietniu 1945], po nim kpt. Jerzy Pilaciński "Lech" [do jesieni 1945] i por. Jan Golka "Klemens" [do aresztowania w kwietniu 1946]. Szefem IV Oddziału [Pogotowia Akcji Specjalnej - PAS] był mjr Włodzimierz Kozakiewicz "Barry" [do aresztowania w kwietniu 1945], po nim kpt. Jan Morawiec "Henryk", "Remisz", "Rębacz", "Tajfun" [do aresztowania w marcu 1946]. Wydziałem łączności kierowała ppor. Ruta Czaplińska "Ewa" [do aresztowania w kwietniu 1946]. Kierownikiem Biura Dokumentów był por. Mieczysław Gawdzik "Michał Bończa", następnie Stefan Morawiec "Czarny" [do aresztowania w marcu 1946]. Biuro Finansowe prowadził Ludwik Staniszewski "Ludwik".
Istniała ponadto Narodowa Organizacja Wojskowa Kobiet [NZWK], a jej Komendantką była Maria Mirecka "Marta" [do wyjazdu na Zachód w listopadzie 1945], jej zastępczynią była ppor. Maria Grotowska "Amazonka".

W listopadzie 1945 zostało utworzone Biuro Informacji KG, które pełniło funkcje organizacyjnego szefostwa sztabu, z kpt. Jerzym Pilacińskim "Lechem" na czele.

Podział terenowy NZW ustalony został "Rozkazem Specjalnym Nr 1" z dn. 26 czerwca 1945. Cały kraj został podzielony na Obszary i Okręgi, te zaś, zależnie od potrzeb i siły organizacji, dzieliły się na Powiaty. Przewidywano powołanie pięciu Obszarów, obsadzone personalnie zostały jednak tylko trzy: Warszawski [I], Lubelski [II] i Pomorski [V]. Każdy Obszar miał się składać z trzech Okręgów [Lubelski wyjątkowo z dwóch, ale już wkrótce
wydzielono w nim dodatkowy Okręg Podlasie].
Komendantem I Obszaru był mjr Mieczysław Grygorcewicz "Ostromir" [do aresztowania w październiku 1945], następnie mjr Marian Kamiński "Rawicz" [do tragicznej śmierci w marcu 1946].

W skład I Obszaru wchodziły Okręgi:

- Okręg I [Warszawa] - komendanci: kpt. Zbigniew Kulesza "Młot", "Grawicz" [do kwietnia 1947], por. Józef Kozłowski "Las", "Vis" [do aresztowania w czerwcu 1948] i pchor. Witold Borucki "Dąb", "Babinicz" [zginął w sierpniu 1949];

- Okręg II [Olsztyn] - komendanci: mjr Romuald Kozioł "Masław", "Pojawa" [do aresztowania w październiku 1945] i mjr Marian Kozłowski "Lech", "Dąbrowa", "Przemysław" [do ujawnienia części Okręgu w kwietniu 1947];

- Okręg III [Białystok] - komendanci: mjr Mieczysław Grygorcewicz "Miecz" [do września 1945], mjr Jan Szklarek "Roja", "Kotwicz" [do aresztowania w marcu 1946], płk Władysław Żwański "Błękit" [zginął 1 lipca 1948] i por. Kazimierz Żebrowski "Bąk" [do tragicznej śmierci w grudniu 1949].

Komendantem II Obszaru był ppłk Tadeusz Zieliński "Wujek", "Dyzma", "Zielonka" [do aresztowania w marcu 1946], który równolegle dowodził Okręgiem IV [Lublin].

W skład II Obszaru wchodziły Okręgi:

- Okręg IV [Lublin] - po ppłk. Tadeuszu Zielińskim jego komendantem był kpt. Anioł Kazimierz Kozłowski "Pewron", "Wron" [do sierpnia 1946];

- Okręg V [Rzeszów] - komendanci: mjr Kazimierz Mirecki "Kazimierz", "Dominik", Tadeusz", "Żmuda" [do maja 1945], prof. Józef Sałabun "Grom" [do października 1945] i kpt. Piotr Woźniak "Wir" [do ujawnienia części Okręgu w kwietniu 1947].

Wkrótce w składzie II Obszaru wydzielono Okręg Podlasie, którym dowodził Wincenty Pic "Łaska" [do tragicznej śmierci w kwietniu 1946], następnie mjr Karol Sęk "Rolka" [do aresztowania w grudniu 1950].

Obszar III nie został zorganizowany.

W jego skład wchodziły Okręgi:

- Okręg VI [Kielce], którym dowodzili: mjr Stefan Figurski "Zenon" [do aresztowania w październiku 1945] i kpt. "Romuald" NN - prawdopodobnie do jesieni 1946;

- Okręg VII [Kraków], którym dowodził por. Jerzy Hass "Robert" [do aresztowania w kwietniu 1946];

- Okręg VIII [Śląsk] - istniała tu tylko Komenda PAS [do marca 1946].

Obszar IV także nie został sformowany. Składał się z następujących Okręgów:

- Okręg IX [Łódź] - istniała tu tylko Komenda PAS z por. Antonim Kularskim "Magistrem" [Łódź była bowiem siedzibą Komendy Głównej - do marca 1946];

- Okręg X [Poznań] - komendant mjr Leon Klencer "Jan";

- Okręg XII [Opole] - komendant kpt. dr Stanisław Józefowicz "Wit", "Radwan".

Komendantem Obszaru V był mjr Franciszek Przysiężniak "Marek" [do grudnia 1945]. W skład Obszaru wchodziły Okręgi:

- Okręg XII [Gdańsk] - komendant mjr Stanisław Pietrasiewicz "Orlicz", "Orski" [do aresztowania w maju 1946];

- Okręg XIII [Pomorze] - komendanci: mjr Franciszek Przysiężniak "Marek" [do grudnia 1945] i mjr Stefan Jakubowski "Topór" [do aresztowania w czerwcu 1946];

- Okręg XIV [Szczecin] - istniała tu tylko Komenda PAS do 1946, na jej czele stał "Henryk" NN.
Powyższa struktura organizacyjna przechodziła pewne modyfikacje: w latach 1946-1948 istniał Okręg XXIII [Zachodnie Mazowsze]. Jego komendantem był por. Stefan Bronarski "Roman" [do aresztowania 26 września 1948]. Ponadto Warszawa-Miasto, jako jednostka wydzielona podlegała Komendzie Głównej. Komendantem NZW w Warszawie był ppor. Stefan Nowaczek "Wilk" [do aresztowania w grudniu 1945]. Na przełomie 1945/46 Komendzie Głównej NZW podporządkowały się resztki NSZ-OP z jej przywódcami: ppłk Stanisławem Kasznicą "Przeponą" i mjr. Lechem Neymanem "Domaratem", ale były to głównie pozostałości pionu wywiadu tej organizacji. Jesienią 1946 do NZW przyłączył się VII Okręg NSZ z dowódcą kpt. Henrykiem Flame "Bartkiem", rozbity na skutek prowokacji UB [w jej wyniku zostało aresztowanych, a następnie zamordowanych bez sądu ok. 200 żołnierzy NSZ].
We wszystkich rozkazach i dokumentach NZW sprawa odzyskania niepodległości była dobitnie podkreślana. Najbardziej lakonicznie i precyzyjnie formułował to rozkaz Komendanta Głównego z dnia 1 września 1945:

"1. Walczymy o pełne wyzwolenie Polski spod okupacji i wpływów sowieckich zarówno bezpośrednich, jak i za pośrednictwem swoich agentów [grupa Bieruta].

2. Prowadzimy walkę o całość ziem wschodnich w granicach z 1939 r.

3. Z walki o Wielką Polskę nie zrezygnujemy pod wpływem terroru Rosji Sowieckiej i jej agentur".

Działalność NZW jest postrzegana głównie przez akcje zbrojne, które w wyniku rozwoju sytuacji wewnętrznej [nasycenie tereniu Polski przez wojska sowieckie, w tym dywizje NKWD, przeznaczone do zwalczania polskiego podziemia niepodległościowego], prowadzone były, szczególnie w latach 1945-1947, na dużą skalę. Poszczególne oddziały NZW, grupowane głównie w pionie Pogotowia Akcji Specjalnej i dochodzące początkowo do liczebności 200-300 ludzi, toczyły zacięte walki z grupami operacyjnymi NKWD, UB, KBW, MO i ORMO, w mniejszym zaś stopniu z oddziałami "ludowego" WP. Formowane były przede wszystkim w Okręgach wschodnich: na Białostocczyźnie, Rzeszowszczyźnie i Lubelszczyźnie. Początkowo odnosiły nawet znaczne sukcesy. Do takich zaliczyć można choćby słynną bitwę zgrupowania oddziałów NZW Okręgu Rzeszowskiego dowodzonych przez mjr. Franciszka Przysiężniaka "Ojca Jana" pod Kuryłówką w dniu 6 maja 1945.
W bitwie tej poległo kilkudziesięciu żołnierzy NKWD. Operacje zbrojne na dużą skalę prowadziły również oddziały partyzanckie NZW na Białostocczyźnie, na północnym Mazowszu, na Lubelszczyźnie i Podlasiu. W innych rejonach Polski, gdzie nie było sprzyjających warunków do prowadzenia działań partyzanckich, istniały mniejsze, liczące od kilkunastu do kilkudziesięciu ludzi oddziały. Ta taktyka prowadzenia działań była skuteczniejsza, pozwalała bowiem unikać obław, organizowanych przez grupy operacyjne NKWD i MBP, a przede wszystkim dużych pacyfikacji, prowadzonych przez jednostki "ludowego WP" i KBW.

Oddziały NZW starały się, podobnie jak inne organizacje, nie walczyć z wojskiem, wychodząc z założenia, że służą w nim żołnierze z poboru, tacy sami Polacy jak w oddziałach niepodległościowych. W tym celu wydawano specjalne odezwy i ulotki. Przykładowo na jednej z nich, z terenu Białostocczyzny, w 1946 apelowano:

"Żołnierze!

Nie bierzcie udziału w tzw. pacyfikacji. Hańbą okrywa Was skierowanie broni przeciwko Armii Podziemnej. Żądajcie innych mundurów dla resortu bezpieczeństwa."
Mimo strat w ludziach na skutek walk i aresztowań, aż do końca lat 40-tych udawało się odtwarzać stan osobowy w oddziałach, albowiem zaplecze organizacyjne i napływ ochotników, a także ludzi "spalonych" w siatkach konspiracyjnych był znaczny. Mniejsze, kilku- i kilkunastoosobowe oddziały, głównie PAS, przetrwały do lat 50-tych, szczególnie w Okręgu Białostockim i na Mazowszu. W tych też Okręgach najdłużej utrzymały się Komendy Powiatowe, które trwały do początku lat 50-tych. Ostatnia z nich, Komenda Powiatowa NZW Bielsk Podlaski, ujawniła się w Warszawie dopiero... jesienią 1956!
Obok pionu zbrojnego NZW dobrze rozwinięte były siatki wywiadu, włącznie z "wtyczkami" w lokalnych urzędach UB i MO - szczególnie w początkowym okresie 1945-1946. Było to możliwe tam, gdzie "władza ludowa" nie cieszyła się istotnym poparciem społecznym i nie mogła liczyć na masową współpracę donosicieli. Bardzo skuteczną metodą walki z okupacją komunistyczną, szczególnie w początkowym okresie, było zgłaszanie własnych "ochotników" do służby w szeregach UB. Po przejściu odpowiedniego szkolenia [w Centrum Wyszkolenia MBP!], wracali oni do podziemia bogatsi o "nowe doświadczenie" i znający prowokacyjne metody walki z podziemiem, techniki werbowania agentury, metody przenikania w szeregi organizacji podziemnych. Do tego zadania dobierano specjalnie wyselekcjonowanych oficerów i podoficerów, których wiedza zdobyta w UB, była wprost bezcenna i służyła im przez następne lata do ochrony organizacji.
Bardzo istotną rolę, dziś niedocenianą przez historyków, pełnił pion propagandy. Jego zadaniem było wydawanie konspiracyjnej prasy, ulotek, udostępnianie informacji niedostępnych w oficjalnej propagandzie reżimu bądź też podawanych w sposób tendencyjny. Prawie wszystkie Okręgi, a także niektóre Powiaty wydawały własne periodyki. Początkowo na ten wysiłek zdobywały się też niektóre oddziały leśne. Istniała też oczywiście prasa centralna, wśród której pozycję wiodącą zajmował początkowo tygodnik, następnie dwutygodnik "Walka", mający nieprzerwaną tradycję i ciągłość od wiosny 1940. Był to oficjalny organ SN i NZW. O jego popularności może świadczyć fakt, że niektóre terenowe ogniwa NZW wydawały pisma o takiej samej nazwie.
W NZW istniał także pion sądownictwa. Brak jest pełniejszych danych o jego funkcjonowaniu na szczeblu centralnym, poza nazwą "Sąd Organizacyjny" i jedynym do dziś zachowanym protokołem posiedzenia z dn. 5 stycznia 1946. Sądownictwo było także zorganizowane na szczeblach Okręgów i Powiatów, zaś w oddziałach leśnych istniały Wojskowe Sądy Doraźne, zajmujące się sprawami dyscyplinarnymi członków NZW oraz sprawami konfidentów, zagrażających organizacji. Z zachowanych dokumentów NZW z tego zakresu wynika, iż podstawą wydawanych wyroków były spisywane zeznania świadków. W skład sądu wchodzili każdorazowo: oficer, podoficer i szeregowiec. Sądownictwo NZW było obarczone szczególną odpowiedzialnością, musiało dbać o poziom moralny własnych członków, usuwając z organizacji za drobniejsze wykroczenia jednostki mniej subordynowane [odpowiednie dane z tego zakresu były publikowane w prasie, pseudonimy osób usuniętych z organizacji podawano w rozkazach]. Za najpoważniejsze przestępstwa wymierzano kary śmierci [np. za brak rozliczeń z organizacją z przeprowadzonych akcji rozstrzelany został szef PAS jednego z Okręgów w stopniu majora]. Podobnie było w przypadku osób spoza organizacji. I tu stosowano gradację kar: od grzywny na rzecz NZW aż po karę śmierci w przypadku rabunków i bandytyzmu, dokonywanego pod szyldem organizacji niepodległościowych. A była to plaga tamtych czasów...
Od końca lat 40-tych poszczególne struktury NZW działały w rozproszeniu, pozbawione instancji kierowniczych, nastawiając się na przetrwanie. Trzeba tu dodać, że po utracie kontaktów z KG NZW [która przestała istnieć z początkiem 1948], poszczególne Okręgi, a z czasem i Powiaty, które prowadziły jeszcze działalność, wyłaniały swych dowódców w drodze demokratycznych wyborów. Dokonywało się to podczas spotkań osób, pełniących funkcje kierownicze [funkcyjni w sztabach terytorialnych, dowódcy oddziałów i patroli partyzanckich], a głosowanie było tajne. Dzięki tej metodzie wybrano osoby obdarzone szczególnym szacunkiem i zaufaniem, które w zamian miały zagwarantowane absolutne posłuszeństwo podwładnych. W warunkach tej szczególnej konspiracji, gdy działania UB nastawione były przede wszystkim na pozyskiwanie agentury i rozbicie NZW od wewnątrz, taki dobór dowódców gwarantował zachowanie ciągłości działania organizacji. Funkcjonowały wówczas samodzielne Okręgi: Warszawski [Mazowsze] - do sierpnia 1949, Białostocki - do grudnia 1949, Siedlecki [Podlasie] - do grudnia 1950. Jeszcze dłużej istniały poszczególne Komendy Powiatowe: Maków Mazowiecki - do sierpnia 1950, Ciechanów - do kwietnia 1951, Wysokie Mazowieckie - do marca 1952, Kolno [Łomża Płn.] - do kwietnia 1952, Bielsk Podlaski - do jesieni 1956.
W ramach Powiatów istniał podział na plutony, kompanie i bataliony. Poszczególne jednostki organizacyjne wydzielały patrole Pogotowia Akcji Specjalnej [PAS], przeznaczone do zadań specjalnych: ochrony organizacji i ludności cywilnej, przeprowadzania akcji zbrojnych i likwidacji groźnych agentów. Po rozbiciu lokalnych struktur NZW ci żołnierze, którzy pozostali przy życiu, powoływali często samodzielne organizacje konspiracyjne, nawiązujące do tradycji i idei NZW, wykorzystując zachowane siatki konspiracyjne.
Jesień 1956 była faktycznym kresem istnienia NZW - do tego czasu poszczególne ogniwa organizacji zostały rozbite przez grupy operacyjne UB i KBW lub też zaprzestały jakiejkolwiek działalności.

Po 1956 w terenie utrzymywali się - wyłącznie dzięki pomocy siatek organizacyjnych i lokalnej ludności - ostatni partyzanci. Michał Krupa "Wierzba" [z oddziału por. Józefa Zadzierskiego "Wołyniaka", a po jego jego rozbiciu partyzant oddziału Adama Kusza "Adama", "Garbatego"] dotrwał w konspiracji do lutego 1959. Andrzej Kiszka "Dąb" z tego samego oddziału ukrywał się w bunkrze koło Huty Krzeszowskiej do aresztowania 31 grudnia 1961...


Załączniki:
Komentarz do pliku: Kpt. Romuald Rajs "Bury". Od 1940 w ZWZ-AK na Wileńszczyźnie. Od 1943 w III Brygadzie mjr. "Szczerbca". W lipcu 1944 brał udział w zdobywaniu Wilna. Po aresztowaniu "Szczerbca" przez Sowietów objął po nim dowodzenie III Brygadą. Wkrótce rozwiązał oddział. Po ukryciu broni zgłosił się do LWP pod nazwiskiem "Jerzy Góral". Wojskowym transportem przedostał się do Białegostoku. W styczniu 1945 objął dowodzenie plutonu w Baonie Ochrony Lasów Państwowych. Tam nawiązał z nim kontakt mjr "Łupaszka", wydając mu rozkaz dołączenia do V Brygady Wileńskiej AK. "Bury" wraz z 29 żołnierzami zameldował się 9.V.1945 u "Łupaszki" i objął dowodzenie 2. szwadronem Brygady. Po rozwiązaniu V Brygady podporządkował się wraz ze swoim szwadronem Komendzie Okr. NZW Białystok i został d-cą III Brygady Wileńskiej NZW. 22.IX.1945 został szefem PAS w Komendzie NZW Białystok, zachowując dowodzenie III Brygadą - największym na Białostocczyźnie oddziałem NZW [w II 1946 - 180 żołnierzy]. W styczniu 1946 zgrupowanie kpt. "Burego" przeprowadziło kontrowersyjną akcję odwetową w kilku wsiach białoruskich w pow. bialskopodlaskim. W jej wyniku, za współdziałanie z NKWD i dążenie do przyłączenia tych ziem do ZSSR, w czterech wsiach żołnierze "Burego" rozstrzelali 48 mieszkańców. Oprócz tego rozstrzelano 28 furmanów z grupy 50 osób przyłapanych na wyrębie lasu w Puszczy Białowieskiej. Komenda Okr. NZW Białystok uznała, że "Bury" znacznie przekroczył swe uprawnienia, jednak sprawę pełnego wyjaśnienia i wyciągnięcia konsekwencji odłożono na okres późniejszy. W listopadzie 1946 "Bury" otrzymał urlop organizacyjny. Nie ujawnił się w 1947 w czasie amnestii. Aresztowany 17.XI.1948, skazany na śmierć, stracony 30.XII.50 w Białymstoku.
z233.jpg
z233.jpg [ 25.21 KiB | Obejrzany 5100 razy ]
Komentarz do pliku: Żołnierze III Brygady NZW, Białostocczyzna 1945. Od lewej: por. Kazimierz Chmielowski "Rekin", kpt. Romuald Rajs "Bury", NN, por. Włodzimierz Jurasow "Wiarus".
z235n.jpg
z235n.jpg [ 34.96 KiB | Obejrzany 5096 razy ]
Komentarz do pliku: 1946, żołnierze PAS Okręgu NZW Białystok, od lewej "Młodzik" i "Wydra" Ryszard Sosnowski.
z238.jpg
z238.jpg [ 35.58 KiB | Obejrzany 5090 razy ]
Komentarz do pliku: Styczeń 1947, Ostrów Mazowiecka. Oddział PAS por. Zbigniewa Żwańskiego "Nocy".
z244.jpg
z244.jpg [ 70.51 KiB | Obejrzany 5091 razy ]
Komentarz do pliku: Sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz "Rój".

Młodszy brat Romana - por. "Adama", "Pogody".

Żołnierz PAS Okręgu Północne Mazowsze NZW. Uczestnik rozbicia aresztu PUBP w Krasnosielcu. Od 1947 d-ca oddziału PAS w Okr. Północne Mazowsze. Po rozbiciu Sztabu K-dy Okr. [w czasie boju 25 czerwca 1948 pod m. Kadzidło] "Rój" podjął próbę odbudowania struktur NZW na szczeblu K-dy Okr. Podporządkował sobie kilka patroli PAS liczących w sumie ok. 40 żołnierzy. Patrole te - częściowo rozbite przez obławy KBW - prowadziły aktywną działalność bojową - głównie akcje likwidacyjne.

Sierż. "Rój" zginął w walce z 264-osobową grupą operacyjną KBW 13 kwietnia 1951 w okolicach wsi Szyszki.

z277.jpg
z277.jpg [ 50.21 KiB | Obejrzany 5061 razy ]
Komentarz do pliku: Żołnierze patrolu NZW plut. Eugeniusza Lipińskiego "Mrówki", polegli w walce z KBW i UB. Leżą od lewej: Stanisław Radomski "Kula", Stanisław Garliński "Cichy", Eugeniusz Lipiński "Mrówka", Alfred Gadomski "Kajdan" i Eugeniusz Kuligowski "Ryś". UB-ecy robiąc "dokumentację akcji" bardzo często w ten właśnie sposób sadzali swoje ofiary pod ścianami...
z280_3.jpg
z280_3.jpg [ 53.33 KiB | Obejrzany 5064 razy ]
Komentarz do pliku: Żołnierze PAS powiatu Kolno NZW, Okręg Mazowsze - prawdopodobnie 1950.

Od lewej:

- Marian Borys "Czarny", od kwietnia 1952 dowódca oddziału PAS NZW, zginął w walce w 1954;

- Hieronim Rogiński "Róg", Komendant Powiatu Kolno NZW, jednocześnie d-ca 15-osobowego oddziału PAS, zginął w walce 17 kwietnia 1952;

- Stanisław Śledzik "Huragan".

z283_1.jpg
z283_1.jpg [ 59.23 KiB | Obejrzany 5058 razy ]
Komentarz do pliku: Żołnierze PAS powiatu Kolno NZW, Okręg Mazowsze - prawdopodobnie 1950.

Stoją od lewej:

- Stanisław Waszkiewicz "Piskorz", szef PAS Powiatu, ciężko ranny w głowę, wyleczony dzięki uporowi i wytrwałości Komendanta Powiatu "Roga", który przez cały czas opiekował się nim. Nie odzyskał pełnej sprawności fizycznej. W kwietniu 1952 opuścił kryjówkę i wydał UB schronienie "Roga"...

- Władysław Sadłowski "Twardy", "Franek", zginął 11 listopada 1953;

w drugim rzędzie od lewej:

- Marian Borys "Czarny";

- Stanisław Śledzik "Huragan";

w dolnym rzędzie od lewej siedzą:

- Hieronim Rogiński "Róg", Komendant Powiatu,

- Stanisław Grajek "Mazur".

z283_2.jpg
z283_2.jpg [ 68.95 KiB | Obejrzany 5052 razy ]
Komentarz do pliku: 5 lipca 1953, okolice wsi Niedziałki pow. Mława. Żołnierze PAS z oddziału por. Wacława Grabowskiego "Puszczyka" [drugi od prawej] polegli w walce z 1300-osobową grupą operacyjną KBW-UB. Zdjęcie wykonane przez UB...
z285_3.jpg
z285_3.jpg [ 57.78 KiB | Obejrzany 5054 razy ]
Komentarz do pliku: Rok 1947. Por. Henryk Jastrzębski "Bohun", "Zbych".

Dowódca oddziału PAS operującego na terenie pow. Łomża. Jego oddział odniósł kilka zwycięstw w potyczkach z grupami KBW i UB. M.in. 23 października 1945 w okolicach Jedwabnego "Zbych" wraz z oddziałem ppor. Michała Bierzyńskiego "Sępa" całkowicie rozbił kilkudziesięcioosobową grupę operacyjną UB.

Od czerwca 1946 szef PAS Powiatu Łomża Południowa.

Był przeciwnikiem amnestii i przerwania walki. Po śmierci por. Tadeusza Narkiewicza "Ciemnego" [6.IX.1947] objął stanowisko Komendanta Powiatu NZW Łomża.

Aresztowany przez UB 3 kwietnia 1948, dziesięć dni później popełnił samobójstwo w celi PUBP w Łomży.

z292.jpg
z292.jpg [ 23.02 KiB | Obejrzany 5058 razy ]
Komentarz do pliku: Rok 1947. Żołnierze PAS Okręgu Białystok NZW z oddziałów por. "Ciemnego" i por. "Zbycha".
z294.jpg
z294.jpg [ 70.9 KiB | Obejrzany 5053 razy ]
Komentarz do pliku: Andrzej Kiszka "Leszczyna", "Dąb", żołnierz NSZ, samoobrony AK-WiN i NZW. Dopiero w 1961 udało się funkcjonariuszom SB i MO osaczyć go w bunkrze...

Skazany na dożywocie jako zwykły bandyta, wyszedł na wolność w 1971. Władze sądowe "III Rzeczypospolitej" odmówiły mu prawa do rehabilitacji...

z303_2.jpg
z303_2.jpg [ 80.87 KiB | Obejrzany 5031 razy ]
Góra
   
 
 Temat postu: Re: Wyklęci.
PostWysłany: 12 Mar 2013, 08:06 

Dołączenie: 14 Sie 2006, 14:17
Posty: 106
Miejscowość: Gmina wiejska Szczecinek
Nawiązując do minionego Dnia Żołnierzy Wyklętych, kilka informacji znalezionych (przy okazji) w szczecineckim archiwum i w opracowaniach:

Opór wobec władzy ludowej w 1947 r. wg MO w powiecie szczecineckim (wg sprawozdań i wykazów przestępczości w 1947 r., Starostwo Powiatowe Szczecinek, sygn. 80)
„Przestępstwa przeciw państwu”:
czerwiec – „Wykryto i zlikwidowano nielegalną organizację złożoną z 7 młodocianych chłopców w wieku od 16 do 18 lat.” Milicja skonfiskowała pistolet, 3 karabiny, granat i 300 sztuk amunicji. Sprawę przekazano UB.
lipiec – W Szczecinku podczas służby został zastrzelony milicjant „przez osobników, którzy przyjechali z Białegostoku prawdopodobnie celem organizowania komórki WiN-u w Szczecinku. Trzech z nich zatrzymano po całodziennej obławie, jeden zaś prawdopodobnie bezpośredni sprawca zabójstwa zbiegł. Zatrzymani: Nowacki Henryk, Suchocki Leon byli członkami WiN-u. Suchocki mimo ujawnienia prowadził w dalszym ciągu pracę podziemną, jest podporucznikiem w WiN-ie. Nowacki nie był ujawniony i posiadał fałszywe dokumenty. Posiadali oni 3 pistolety i 2 granaty. Trzeci zatrzymany Sołonowicz Edward nie przyznaje się do należenia do WiN-u. Czwarty członek bandy Mackiewicz Bolesław zbiegł do lasu z pistoletem. Aresztowano również Jochaniuk Annę oraz córkę jej Genowefę. Obydwie kobiety przechowywały bandytów, wiedząc, że ukrywają się oni przed władzami Bezpieczeństwa. Wszystkich zatrzymanych przekazano po przeprowadzeniu dochodzeń do PUBP w Szczecinku, skąd następnie zostali przesłani do WUBP w Szczecinie.”
Według rocznego sprawozdania z pracy ORMO pow. Szczecinek w 1947 r. (Starostwo Powiatowe Szczecinek, sygn. 66) do zabójstwa milicjanta doszło 19 VII ok. godz. 11.30. Konspiratorów ujęto dzięki ormowcom z Parsęcka, którzy zauważyli podejrzanych i śledzili ich.
W obławie na członków WiN wzięło udział 20 milicjantów. W czasie pościgu doszło do strzelaniny, podczas której Nowacki został dwukrotnie ranny w rękę.

O losach Nowackiego i Suchockiego można też znaleźć wzmianki w artykule „Życie po życiu – czyli zagadka śmierci Oracza” (http://historiapolski.eu/ycie-po-yciu-czyli-zagadka-mierci-oracza-t9556.html):
Henryk Nowacki ps. „Pszczółka” i Leon Suchocki ps. „Lwiątko” należeli do komórki dywersyjnej V-2 z Grodzieńszczyzny. Obaj wzięli udział m.in. w akcji w Krosinie w czerwcu 1946 r. Suchocki jako kurier utrzymywał też wcześniej kontakty między konspiracją na Kresach i w Polsce lubelskiej.


Warto przypomnieć, że opór społeczny przybierał też inne formy.
Następujące incydenty w 1947 r. odnotowano w sprawozdaniu MO w powiecie szczecineckim (wg sprawozdań i wykazów przestępczości w 1947 r., Starostwo Powiatowe Szczecinek, sygn. 80):
- lipiec – „zniewaga Państwa”: w Szczecinku urzędnik Zarządu Miejskiego podarł 2000 zł „pod wpływem zdenerwowania, znieważając przy tym Godło Państwowe”.
- sierpień – Grzmiąca: „Dwaj obywatele w miejscu publicznym wyrażali się wrogo o Rządzie Demokratycznym”. Zostali zatrzymani i przekazani UB.
- wrzesień – gmina Czaplinek – osadnik, „który przebywał kilkanaście lat w Niemczech jako bezpaństwowiec, szerzył między ludnością niemiecką i polską propagandę antypaństwową.” Przekazany UB.
- wrzesień – Czaplinek – Dom Kultury – dwaj malarze zdjęli portrety przedstawicieli rządu i „znieważyli je prawdopodobnie celowo”.
- wrzesień – sabotaż – osadnik z Kluczewa nie zebrał zboża z pola. Jego sprawę skierowano do Komisji Specjalnej.
1 XI 1947 r. doszło w Szczecinku do „profanacji pomnika bohaterów radzieckich”. Szczecinecka komórka Stronnictwa Pracy w piśmie wysłanym do Starosty (Starostwo Powiatowe Szczecinek, sygn. 65) wyraziła swoje oburzenie („jako Polacy i katolicy”) tym faktem i zadeklarowała zorganizowanie wiecu ku czci żołnierzy radzieckich w formie zadośćuczynienia.

Dwa lata później główny powód niezadowolenia społecznego to wygórowane obciążenia finansowe (podatki i inne przymusowe opłaty). W sprawozdaniu starosty z działalności administracji i samorządu 1 III 1949 – 1 V 1950 r. (Starostwo Powiatowe Szczecinek, sygn. 88) odnotowano 5 przykładów oporu rolników wobec narzuconych im ciężarów, w tym:
- rolnik z Sitna – [bardziej szczegółową relację zawiera protokół z zebrania gromadzkiego – Zarząd Gminy Szczecinek, sygn. 9] na zebraniu gromadzkim 15 II 1950 r. stwierdził, że „Partia i Rząd są do niczego i chcą go wyzyskać”. Uzasadniał, że obrabia 13 ha, a płaci, jakby posiadał 15. Jego zdaniem „wszyscy w urzędach nic kompletnie nie robią na czele ze starostą, który chodzi tylko w białych rękawiczkach i traktuje gospodarzy z góry”. Mimo ostrzeżeń sekretarza POP i sołtysa nadal „wygadywał przeciw”, więc POP i „aktyw gromady” odciął się od jego opinii, stwierdzając, że ten niezadowolony rolnik nie po raz pierwszy „prowadzi robotę rozbijacką, sabotuje zarządzenia państwa, występuje przeciwko Rządowi i Partii, oczernia Związek Radziecki i jest zdecydowanym wrogiem dzisiejszej rzeczywistości”.
- rolnik z Zielenia – „agitował za niepłaceniem podatków” i twierdził, że „dzieje mu się źle, bo Rząd Polski Ludowej chce go zniszczyć”.
- rolnik z Ostropola – „rozwieszał fałszywe ulotki na słupach i drzewach, nawołując gromadę do niepłacenia podatków”.
Wobec osób uchylających się od podatku lub dostaw obowiązkowych stosowano „pokazową egzekucję”. Tak było w przypadku jednego z rolników z Gwdy, kiedy to trójka gromadzka zajmująca się nadzorowaniem realizacji planu, znalazła u niego ukrytą nadwyżkę zboża. Odebrano ją z udziałem publiczności i dokonano omłotu przymusowego [Gminna Rada Narodowa, sygn. 43, Sprawozdanie z działalności Prezydium Gminnej RN w Szczecinku za IV kwartał 1950 r.].

Odpowiedzią władzy na takie działania były represje. Nie wszyscy jednak uznawali to za właściwą metodę wpływania na chłopów. Starosta szczecinecki skrytykował represje UB wobec opornych rolników (Starostwo Powiatowe Szczecinek, protokół obrad burmistrzów, wójtów i sekretarzy z 22 V 1950 r.):
Represje wobec rolników, którzy nie realizują założeń planu, stosowane przez UB i ORMO nie powinny mieć miejsca. „W ustroju socjalistycznym administracja takimi metodami nie powinna się posługiwać.” W tym wypadku należy raczej wykazać się nie bezwzględnością, ale „zrozumieniem klasowym”.

Pomorze stanowiło też schronienie dla konspiratorów, którzy obawiali się ujawnić. Epizod szczecinecki miał m.in.:
Stefan Bronarski („Liść”, „Roman”, „Zygmunt”), 1916-1951 – żołnierz września 1939 r., potem w czasie wojny w konspiracji narodowej (NOW, NSZ) oraz w AK. Działał w Płocku i okolicach. Po wkroczeniu wojsk radzieckich kontynuował pracę konspiracyjną. W 1945 r. w pierwszej akcji amnestyjnej się nie ujawnił, lecz wyjechał do Szczecinka, gdzie zatrudnił się jako księgowy w gorzelni. W październiku 1945 r. został ciężko ranny w wyniku napaści radzieckich żołnierzy na gorzelnię. Leczył się w Bydgoszczy, a następnie wyjechał do Łodzi, skąd udał się do Warszawy. Na Mazowszu wrócił do konspiracji i stanął na czele oddziałów NSZ-NZW w okolicach Płocka. Został aresztowany w 1948 r. i stracony w Warszawie 18 stycznia 1951 r. (J. Pawłowicz, „W szeregach NOW, NSZ, AK i NZW”, w: „Żołnierze wyklęci 1943-1963”, nr 5 „Obóz narodowy w walce”, dodatek do „Rzeczpospolitej” 27 IV 2011, s. 58)


Góra
 Profil  
 
 Temat postu: Żołnierze Wyklęci w regionie koszalińskim
PostWysłany: 14 Mar 2013, 22:55 

Dołączenie: 04 Cze 2008, 15:35
Posty: 26
Witam,
dawno tu nie zaglądałem, ale chciałbym podzielić się z wami moją pracą.

http://godzislaw.pl/galerie/zolnierze-wykleci-w-regionie-koszalinskim/

Pod tym linkiem jest moja galeria "Ponieważ żyli prawem wilka... Walka z komunizmem w regionie koszalińskim". Jest to opisowa i graficzna wersja prelekcji jaką wygłosiłem w szczecineckim muzeum podczas ostatnich obchodów Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych organizowanych przez Wielim (bardzo się cieszę, że mogłem pomóc w przeprowadzeniu tych obchodów). Prelekcję tę wygłaszałem również w szczecineckich szkołach średnich.

Tematyka powojennej walki z komunizmem na naszych terenach jest ciągle jeszcze tematem mało zbadanym. Ja sam od ponad roku gromadzę materiały i literaturę z tej tematyki, ale ciągle jeszcze dużo pracy czeka.

Zachęcam do zapoznawania się z galerią, do udostępniania linku do niej na swoich profilach na facebooku. Niech prawda o Żołnierzach Wyklętych dotrze do jak największej liczby ludzi. Pomóżcie przywrócić pamięć o młodych wilkach, niezłomnych bohaterach, bojownikach o wolność i niepodległość.

Sebastian Catewicz
Załącznik:
wilka.jpg
wilka.jpg [ 126.04 KiB | Obejrzany 1958 razy ]

_________________
http://godzislaw.pl


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Wyklęci.
PostWysłany: 18 Mar 2013, 08:01 

Dołączenie: 14 Sie 2006, 14:17
Posty: 106
Miejscowość: Gmina wiejska Szczecinek
Gratulacje i podziękowania za wirtualną wystawę! Bardzo ciekawe materiały (i bardziej dostępne niż zwykłe wystawy).
Pozdrawiam


Góra
 Profil  
 
 Temat postu: Re: Wyklęci.
PostWysłany: 16 Kwi 2013, 08:41 

Dołączenie: 22 Sty 2012, 23:44
Posty: 24
Miejscowość: Ustka
Żołnierze Wyklęci - Słupski Marsz Pamięci

_________________
http://www.ustkapogoda.pl http://www.ustka-kamery.pl


Góra
 Profil E-mail  
 
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 11 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Szukaj:
Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group